
– Chciała pani coś powiedzieć? – jego czarne oczy mocniej zalśniły.
– Tak… teraz sobie przypominam – wydusiła. – Była tu taka żółta karteczka, ale nie w koszu, tylko obok niego. Byłam pewna, że ktoś chciał ją wyrzucić, ale nie wcelował do kosza i…
Szybko wyciągał wnioski. Widziała to po jego ściągniętych ustach. Wzdrygnęła się w środku.
– A ponieważ było to dokładnie to, czego szukałam, to… – unikała jego wzroku – wzięłam ją sobie.
Oparł dłonie na biodrach. Sekretarka wycofała się bezszelestnie. Sam z drżeniem w sercu uznała, że to bardzo zły znak.
– Zechce mi pani wyjaśnić, z jakiego powodu zabrała pani tę kartkę z mojego prywatnego gabinetu – powiedział ostro.
Co za arogancki typ!
– Miałam bardzo poważny powód – odpaliła, czując, że policzki jej płoną.
– Dla pani dobra lepiej, żeby rzeczywiście tak było. – W jego tonie zabrzmiała groźba.
Popatrzyła mu prosto w oczy.
– Odkurzałam dywan pod biurkiem i wtedy spostrzegłam ten żółty skrawek, dokładnie taki, jaki był mi potrzebny do skończenia kolażu.
– Kolażu? – podchwycił nieufnie.
– To praca dyplomowa – odparła, czując się na pewniejszym gruncie. – Na początku semestru nasz profesor, doktor Giddings, zaproponował nam wykonanie pracy, do której mogliśmy wykorzystać jedynie to, co przypadkowo znajdziemy na ulicy, na ziemi czy na podłodze. Bez szukania po śmietnikach, bez użycia nożyczek, by zmienić kształt. I tylko takie materiały mogły posłużyć do wykonania kolażu. Poza gazetami i pudełkami mogliśmy użyć absolutnie wszystkiego, co było z papieru. Cała idea polegała na wykonaniu czegoś oryginalnego, będącego jednocześnie dziełem sztuki, godnym wystawienia w galerii.
Ożywiła się, mówiąc o podjętym wyzwaniu.
– Na początku nie zdawałam sobie sprawy, jakie to będzie ciekawe i inspirujące. Przez całe tygodnie krążyłam po mieście, wpatrzona w ziemię pod nogami. Udało mi się znaleźć zupełnie nieprawdopodobne rzeczy, które zaraz umieszczałam na płótnie.
