
Spojrzenie jego zważonych oczu nie wróżyło niczego dobrego.
– Czy to ma znaczyć, że ta zostawiona dla mnie notatka jest teraz częścią pani kolażu?
– Tak. Ale nie wzięłam jej z biurka. Prawdopodobnie sekretarka niechcący zrobiła przeciąg i kartka sfrunęła na podłogę.
Kiedy mówiła, mężczyzna przesunął opaloną dłonią po czarnych jak smoła włosach. Chciałaby poczuć ich dotyk pod palcami. Ta niespodziewana pokusa wytrąciła ją z równowagi, nie mogła się skupić.
Co się z nią dzieje? Do tej pory nigdy nie traktowała zbyt poważnie tych, którzy próbowali pogłębić łączącą ich znajomość. I naraz ten Kostopoulos, człowiek zupełnie obcy, nieoczekiwanie budzi w niej takie pragnienia.
– To tłumaczenie wydaje się tak absurdalne, że zaczynam wierzyć, że jest prawdziwe.
– Z pewnością, nie jest tak absurdalne jak fakt, że ten Picasso wisi w pana gabinecie.
– A co Picasso ma z tym wspólnego? – Zamrugał oczami. Chyba nie był przyzwyczajony do sytuacji, że ktoś śmiał mu się przeciwstawić. To musiał być dla niego szok. Ta świadomość sprawiała jej perwersyjną przyjemność.
– Po prostu wszystko. Jest pan miłośnikiem sztuki, który prawdopodobnie nie potrafi narysować prostej linii.
Kolejny błąd, już straciła rachubę który. Trudno, nic na to nie poradzi. Ten człowiek działał na nią w taki sposób, że nie mogła się opamiętać.
– Doktor Giddings jest artystą, który z pewnością nie ma bladego pojęcia o milionowych interesach pana korporacji. Rzecz w tym, że i pan, i on wielbicie Picassa. Tylko że pan wydaje majątek, by powiesić sobie na ścianie jego płótno i podziwiać je w zaciszu gabinetu, siedząc w wygodnym skórzanym fotelu, a mój biedny jak mysz profesor, który pewnie zyska uznanie dopiero wiele lat po śmierci, potrafił otworzyć nam oczy na wielkość Picassa i nakłonić nas, by pokierować się jego przesłaniem, wprowadzić je w życie.
