
– Co to za przesłanie? – Patrzył na nią dziwnie.
– Zacytują go z pamięci: „Artysta jest naczyniem, w którym gromadzą się wrażenia i uczucia, jakie budzi w nim wszystko to, co go otacza: niebo, ziemia, zmieniające się formy, pajęczyną skrawek papieru. I należy ze wszystkich możliwych źródeł czerpać to, co jest nam potrzebne". Koniec cytatu.
Chyba uważa ją za osobę niespełna rozumu. Zresztą teraz czuje się tak, jakby…
– Profesor, jako duchowy uczeń Picassa, postawił przed nami zadanie, by stworzyć dzieło sztuki z pozbieranych strzępków papieru.
Na mgnienie ich spojrzenia się skrzyżowały. Ucisk w piersi stał się nie do zniesienia, zabrakło jej tchu. Bez powodu.
Zdawało się jej, że upłynęła cała wieczność, nim wreszcie Kostopoulos przerwał ciszę.
– Gdzie jest to… – zawahał się – dzieło sztuki? – spytał z udaną powagą, pod którą wyczuwała drwiącą ironię. Nie uwierzył jej.
Poczuła zastrzyk adrenaliny. W takich sytuacjach zdarzało się jej niepotrzebnie powiedzieć coś, czego potem gorzko żałowała.
– Na uniwersytecie.
– Świetnie. W takim razie pojedziemy tam.
– Obawiam się, że tej kartki nie da się już odkleić. Zniszczę całą pracę, gdy zacznę ją odrywać. – Ostatnie słowa wypowiedziała łamiącym się głosem. Nie powie mu przecież o nadziejach, jakie wiązała z tą pracą. Cieszyła się, że będzie przepustką do wymarzonej sławy, którą zdoła w przyszłości zaimponować ojcu. Ten kolaż kosztował ją tyle wysiłku, tyle pracy. I miałaby teraz to wszystko zaprzepaścić? Nigdy! Ani dla pana Kostopoulosa, ani dla nikogo innego! – Nawet jeśli uda się ją oderwać, to nie wiadomo, czy da się odcyfrować to, co było na niej napisane.
Ze skrywanym lękiem patrzyła na gwałtowne falowanie jego klatki piersiowej.
– W takim razie niech pani prosi Boga, by był dziś dla pani łaskawy. Muszę odzyskać ten numer i na nic się nie zdadzą pani perswazje. Może pani sobie darować to żałośliwe spojrzenie.
