
Popatrzyli na siebie z rezygnacją. Cóż, rozwiała się ich nadzieja.
– Czy zdarzył się wam wypadek? A może was napadnięto?
– Jedno pytanie na raz – pouczył go Faron. – Napadnięto was?
Tym razem upłynęła chwila, zanim doczekali się odpowiedzi. Jak gdyby Armas nie bardzo wiedział. W końcu jednak z wahaniem potaknął.
– Widziałeś, kto to zrobił?
Nie.
– Od tylu? – dopytywał się Goram.
Armas kiwał głową, Faron w duchu przeklinał.
– Byliście w gondoli?
Nie.
– Chodziliście po ziemi?
Tak. Armas usiłował pogłębić tę odpowiedź, ale brakło mu siły.
– Byliście w Boliwii?
Nie.
– Dalej na północ?
Potaknięcie.
– Na północ od Zatoki Meksykańskiej?
Tak.
– Na granicy między Arizoną a Meksykiem?
Nie.
– Dalej na wschód?
Tak.
W taki oto sposób rozmawiali, aż wreszcie lekarze powiedzieli stop. Lecz wówczas, po wielu nieporozumieniach, zdołano ustalić, że grupa Móriego znajdowała się na Florydzie. Wylądowali, żeby przenocować na ziemi. O wczesnym poranku wybrali się popatrzeć na Everglades, rozległe błota, i właśnie wtedy zupełnie nieoczekiwanie nastąpił atak. Otoczył ich jakiś osobliwy zapach, który całkowicie ich zamroczył. Armas widział, jak Móri i Berengaria nieprzytomni osuwają się na ziemię. On sam był bardziej odporny i już miał się odwrócić, gdy zadano mu silny cios w głowę. Następne, co pamięta, to przebudzenie w tym pokoju.
Niczego więcej nie widział.
Był teraz już bardzo zmęczony, pozwolili mu więc odpocząć. Opuścili jego pokój, zostawiając go pod opieką sympatycznych pielęgniarek, które, jak mogły, starały mu się ulżyć w cierpieniu.
– Tajemniczy napastnicy musieli uderzyć go za mocno – mruknął Jaskari, gdy wszyscy zatrzymali się na korytarzu. – Zrzucili go potem z wysokości, bo był umierający.
– Do niczego już nie mógł im się przydać. Rzeczywiście na to wygląda – zgodził się z nim Marco.
