Prześladowcy najwidoczniej uznali ich za martwych, gdy bowiem Strażnicy odzyskali przytomność, panowała cisza, lecz wokół rakiety dostrzegli ślady pozostawione przez pociski. Również wtedy, podczas pierwszego ataku, na ich wielkim pojeździe pojawiła się rysa. Napastnicy najwidoczniej jednak zrozumieli, że rakiety nie da się zniszczyć, gdyż nie podjęli dalszych prób jej uszkodzenia.

Niestety, ów nieznany samolot pojawił się znowu, a gdy jego załoga odkryła, że Strażnicy mimo wszystko przeżyli, nie było już dla nich łaski. Całą bazę ostrzelano z ciężkiej broni i zaraz potem tajemniczy najeźdźcy znów zniknęli. Wracali jednak raz po raz. Ale Strażnicy nie opuszczali już rakiety, w której bezpiecznie czekali na przyjaciół.

Szczęście, że wreszcie cała piątka zmierza do domu, pomyślał Faron.

Piątka. A powinno ich być sześcioro. Dolg już nie istniał.

Faron miał wrażenie, że zapada się coraz głębiej w czarną otchłań żałoby i smutku.

2

Wiejską drogą w południowej Arizonie, w pobliżu granicy z Meksykiem, jedną z tych zapomnianych dróg, które sprawiają wrażenie rdzewiejących po obu skrajach, jakby nadgryzał je czerwony piach, szedł samotny wędrowiec. Wyglądał na zmęczonego, kiedy tak wlókł się, podtrzymywany jedynie nadzieją, że trafi się ktoś, kto go podwiezie.

Była to jedna z okolic, którymi zająć się miał Móri i dwoje jego przyjaciół. Tak daleko jednak dotrzeć nie zdołali. Wcześniej okazało się, że po prostu zniknęli z powierzchni Ziemi.

Okolica wciąż więc była sucha i jałowa. Życiodajne krople eliksiru Madragów jeszcze nie padły na te zapomniane przez Boga pustkowia.



5 из 162