
— Dziękuję, kapitanie — powiedział Braithwaite, pokazując przy tym zęby w grymasie, który u Ziemian był znakiem rozbawienia. — Wyjaśnił pan rzecz przystępnie, ale rzeczywiście niepotrzebnie. Moje wahanie wynika z tego, że te trzy wezwania — przy czym dwa sugerują niski poziom rozwoju techniki kosmicznej pochodzą z tego samego obszaru. Być może naprawdę przebywają tam trzy jednostki, z czego dwie należą do nieznanej nam rasy, i wszystkie znalazły się w sytuacji zagrożenia, ale łącznościowcy zasugerowali mi, że być może dwa pierwsze sygnały nie zostały w ogóle wygenerowane przez nasze boje alarmowe.
Nie wykluczają oni, że mogły być skutkiem ubocznym użycia jakiejś broni. Krótko mówiąc, być może nikt nie wzywa tam pomocy, tylko wręcz odwrotnie. Może się zdarzyć, że będzie trzeba ratować tam ofiary zastosowania przemocy i istoty zaangażowane w międzygwiezdny konflikt. Uważajcie zatem zarówno na siebie, jak i na nasz statek szpitalny. Oczywiście pod warunkiem, że Prilicla weźmie udział w wyprawie.
Braithwaite spojrzał na małego empatę, a jego uczucia sugerowały, że coś jeszcze ukrywa.
— Ma pan tutaj sporo ważnych obowiązków, starszy lekarzu Prilicla. Wiele się zmieniło, odkąd został pan szefem zespołu medycznego Rhabwara, i pana obecne kwalifikacje wykraczają poza związane z tym stanowiskiem wymagania. Byłoby więc zupełnie zrozumiałe, gdybym mianował teraz kogoś na pańskie miejsce — podsunął Prilicli całkiem zgrabną wymówkę, która pozwoliłaby mu wycofać się z misji bez utraty twarzy, ale zażądał tym samym natychmiastowej odpowiedzi.
