
Nie muszę ci chyba mówić, Hoy, jak się wtedy poczułem. Sprytny, pomysłowy, ameboidalny kryminalista na wolności, na takiej pustyni kulturalnej jak Ziemia! Zawiadomiłem wszystkich agentów w Ameryce Północnej, żeby mieli się na baczności, i usiadłem, żeby to przeczekać, składając modlitewnie macki.
L’payr podsłuchał prawie całą naszą rozmowę, korzystając ze swego odbiornika. Naturalnie przede wszystkim usunął nadajnik, który pozwolił policji gtetanskiej go zlokalizować. Potem, gdy tylko znów się ściemniło, przetransportował siebie i swój statek, co musiało stanowić ogromny wysiłek, do innej części miasta. Tego także dokonał nie zauważony.
Założył swoją bazę w okolicy podmiejskich slumsów, które przeznaczono pod nową zabudowę i dlatego praktycznie były nie zamieszkane. Potem ukrył się, żeby rozważyć swoją sytuację.
Bo i miał co rozważać, Hoy.
Nie chciał popadać w konflikt z Patrolem, ale jeśli nie zdołałby szybko położyć swej nibynóżki na dostatecznej ilości paliwa, byłby martwą amebą. Nie tylko musiał mieć paliwo, aby oderwać się od Ziemi, ale bez paliwa również konwertery — które na tym dość prymitywnym gtetańskim statku zmieniały odpadki w użyteczny tlen i pożywienie — wkrótce przestałyby pracować.
Czasu miał mało, środków jeszcze mniej. Skafandry, w które wyposażono statek, choć sprytnie skonstruowane i mogące zaspokoić szczególnie potrzeby nieustannie zmieniającej się postaci, nie były przewidziane do noszenia na tak prymitywnej planecie jak Ziemia. Poza statkiem nie mógł z nich korzystać efektywnie przez dłuższy czas.
Wiedział, że moje biuro SP zostało powiadomione o lądowaniu i że tylko czekaliśmy na jakieś naruszenie choćby najmniej ważnego przepisu. Wtedy wkroczylibyśmy do akcji i po zwykłych formalnościach dyplomatycznych wróciłby na Gtet, ponieważ nasz dziewięciozaworowy statek patrolowy dogoniłby go bez trudności.
