
Głos szeptał:
— Hej, kolego! Chodź no tu!
Odwrócił się zaciekawiony i zlustrował gruzy po prawej stronie. Z budynku, który tam stał, została tylko część głównego wejścia. Ponieważ naokoło wszystko było płaskie, niemożliwe, aby gdzieś stał człowiek.
Ale gdy tak patrzył, znowu usłyszał ten głos. Pobrzmiewał tonem spiskowca i trochę się niecierpliwił.
— Chodź no tu, kolego. No, chodźże tu!
— O co… hm… o co panu chodzi? — spytał ostrożnie, jak nakazywało dobre wychowanie, i podszedł bliżej, wpatrując się w miejsce, skąd dobiegał głos. Jasno oświetlona ulica za plecami, podobnie jak ciężki, staromodny parasol ściskany w ręku, sprawiły — jak powiedział — że poczuł się pewniej.
— Chodź no tu. Coś ci pokażę. No, chodź!
Stąpając ostrożnie po ruchomych cegłach przysypanych śmieciami, pan Blatch dotarł do małej dziury obok zrujnowanego wejścia. Wypełniał ją właśnie L’payr, czyli, zgodnie z pierwszym nasuwającym się człowiekowi skojarzeniem, mała, błotnista kałuża szkarłatnego płynu.
Winien ci jestem, Hoy, pełne wyjaśnienie — a dokumenty, które wysyłam, w pełni je poprą — mianowicie ani przez chwilę pan Blatch nie wziął tej kleistej szaty za skafander ani nie zauważył statku kosmicznego, który L’payr ukrył w ruinach, w dodatku rozrzedzając go do zwykłej nadprze-strzennej konsystencji.
Mimo że człowiek ten, obdarzony niezłą wyobraźnią i prężnym umysłem, natychmiast uświadomił sobie, że napotkana istota pochodzi spoza Ziemi, jednak brakowało mu technicznych środków wyrazu, aby zrozumieć fakt istnienia i naturę naszej cywilizacji. Dlatego przynajmniej w tym punkcie nie nastąpiło zagrożenie karą pogwałcenia Statutów Międzygwiezdnych, paragraf 2607193 wraz z poprawkami od 126 do 509.
— Co masz mi do pokazania? — spytał uprzejmie pan Blatch, spoglądając na szkarłatną kałużę. — I skąd jesteś, jeśli można wiedzieć? Z Marsa? Wenus?
