Non omnis moriar z miłości.

Clochard

W Paryżu, w dzień poranny aż do zmierzchu,w Paryżu jakw Paryżu, który(o święta niaiwności opisu, wspomóż mnie!),w ogrodzie koło kamiennej katedry(nie zbudowano jej, o nie,zagrano ją na lutni)zasnął w sarkofagowej pozieclochard, mnich świecki, wyrzeczeniec.Jeżeli nawet miał coś – to utracił,a utraciwszy, nie pragnie odzyskać.Należy mu się jeszcze żołd za podbój Galii –przebolał, już nie stoi o to.Nie zapłacono mu w piętnastym wiekuza pozowanie do lewego łotra –zapomniał, przestał czekać już.Zarabia na czerwone winostrzyżeniem okolicznych psów.Śpi z miną wynalazcy snówdo słońca wyroiwszy brodę.Odkamieniają się szare chimery(fruwale, niżły, małpierze i ćmięta,grzaby, znienacki, głowy samonogie,wieloractwo, gotyckie allegro vivace)i przyglądają mu się z ciekawością,jakiej nie mają dla nikogo z nas,roztropny Piotrze,czynny Michale,zaradna Ewo,Barbaro, Klaro.

Słówka

– La Pologne? La Pologne? Tam strasznie zimno, prawda? – spytała mnie i odetchnęła z ulgą. Bo porobiło się tych krajów tyle, że najpewniejszy jest w rozmowie klimat.

– O pani – chcę jej odpowiedzieć – poeci mego kraju piszą w rękawicach. Nie twierdzę, że ich wcale nie zdejmują; jeżeli księżyc przygrzeje, to tak. W strofach złożonych z gromkich pohukiwań, bo tylko to przedziera się przez ryk wichury, śpiewają prosty byt pasterzy fok. Klasycy ryją soplem atramentu na przytupanych zaspach. Reszta, dekadenci, płaczą nad losem gwiazdkami ze śniegu. Kto chce się topić, musi mieć siekierę do zrobienia przerębli. O pani, o moja droga pani.



25 из 74