
– Tak – odparła, rzucając ukradkiem spojrzenie na drzwi. – Jakieś… dwa tygodnie temu.
– Tak, to prawda – potwierdził Dave. – Pamiętam, że – wpadła tu pani na obiad następnego dnia po przyjeździe.
– To wszystko wyjaśnia. Przez ostatnie dwa tygodnie pracowałem na drugą i trzecią zmianę – wycedził Jake, piorunując wzrokiem Dave'a.
– Rzeczywiście, to fakt – zgodził się pospiesznie Dave. – Muszę wracać do pracy.
Chwycił ściereczkę i oddalił się udając, że wyciera kontuar.
Jake czekał, jednak nic się nie wydarzyło. Sarah Cummings stała w miejscu, choć było jasne, że wolałaby być gdzie indziej.
– Czy pochodzi pani z tych okolic? – zapytał Jake, poszukując jakiegoś punktu zaczepienia.
– Nie. – Pokręciła głową. – Z Maryland… – Zawahała się, jakby nie chciała powiedzieć więcej, niż było to absolutnie konieczne. – Baltimore – dodała, gdy nie odpowiedział i… nie zszedł jej z drogi. •
– Ładne miasto – zauważył Jake, usiłując przywołać na twarz uśmiech. – Odwiedziłem kiedyś Harbor Place.
– Ach, tak? – Nie uśmiechnęła się; patrzyła w kierunku drzwi. – No tak, ładne.
Klęska. Jake czuł, że kobieta wprost marzy o tym, żeby się od niego uwolnić. Dlaczego? Ponieważ nie mógł jakoś sobie wmówić, że to on ją tak onieśmiela, nie potrafił wyjaśnić tak dziwnego zachowania. Jakieś kłopoty? Nie. Wygląda zbyt młodo i niewinnie, żeby obawiać się kontaktu z policją. Może powinienem używać innego dezodorantu?
Postanowił zacząć z innej beczki:
– Może napije się pani kawy? – zaproponował, wskazując najbliższy stołek.
– Nie, dziękuję – odpowiedziała bez wahania. – Mam… mam zajęcia. Może innym razem. – Oszacowała wzrokiem przeszkodę, jaką stanowiło jego mierzące metr dziewięćdziesiąt pięć centymetrów ciało. – Przepraszam, chciałabym przejść.
Cóż mógł odpowiedzieć? Przełknął cisnące się mu na usta przekleństwo. Nie miał wyboru.
