
W następnej chwili natrafił na słaby ślad odoru mirasza.
Potem zaś dostrzegł niewielki ruch w odległości około dwudziestu metrów, w pobliżu dziwnej skalnej formacji w kształcie litery „T”.
Czy rzeczywiście to miało okazać się aż tak łatwe? Jak miło! Zachowując bezwzględną ciszę, Drog przybrał właściwy kamuflaż i zaczął się skradać.
Górski szlak zrobił się bardziej stromy, a słońce prażyło okrutnie. Paxton pocił się obficie pomimo swego klimatyzowanego kombinezonu. Miał powyżej uszu tej pomyślnej wyprawy.
— Kiedy wreszcie zabierzemy się stąd? — spytał.
Herrera poklepał go jowialnie po ramieniu.
— Nie chcesz być bogaty?
— Już jesteśmy bogaci — odpowiedział Paxton.
— Ale niewystarczająco — oznajmił Herrera, a na jego długiej, opalonej twarzy pojawił się promienny uśmiech.
Podszedł do nich Stellman, który sapał, uginając się pod ciężarem swoich przyrządów badawczych. Ustawił je ostrożnie na ścieżce i usiadł.
— Panowie, macie ochotę na małego dymka? — zagadnął.
— Czemu nie? — odparł Herrera. — Na to zawsze jest czas.
Usiadł, opierając się plecami o formację skalną w kształcie litery „T”.
Stellman zapalił fajkę, a Herrera znalazł cygaro w zapinanej na suwak kieszeni swojego kombinezonu. Paxton obserwował ich przez chwilę. Potem powtórnie zapytał:
— Kiedy w końcu zabierzemy się z tej planety? A może zamieszkamy tu na stałe?
Herrera w odpowiedzi uśmiechnął się i potarł zapałkę, żeby przypalić sobie cygaro.
— No więc jak z tym będzie?! — krzyknął Paxton.
— Odpręż się, i tak jesteś przegłosowany — stwierdził Stellman. — Stworzyliśmy tę spółkę jako trzej równorzędni partnerzy.
— Ale za pomocą moich pieniędzy — przypomniał Paxton.
— Oczywiście. Dlatego właśnie przyjęliśmy cię do tego interesu. Herrera miał praktyczne doświadczenie w górnictwie. Ja wniosłem wiedzę teoretyczną i licencję pilota. Ty dałeś swoje pieniądze.
