
Jednym doskonale zsynchronizowanym ruchem Herrera wyszarpnął z kabury pod pachą blaster typu Mark II i wystrzelił trzy ładunki. Drzewo i całe poszycie w promieniu dziesięciu metrów wybuchły jasnym płomieniem, skręcając się od potwornego żaru.
— No i po wszystkim — stwierdził Herrera.
Paxton potarł szczękę.
— Usłyszałem jak krzyknęło, kiedy do niego strzeliłeś.
— Jasne. Ale jest już martwe — odrzekł Herrera uspokajająco. — Jeśli jeszcze coś się poruszy, powiedz mi tylko, a ja to zastrzelę. A teraz znowu znajdziemy sobie trochę malutkich szmaragdzików, nieprawdaż?
Paxton i Stellman unieśli swoje pakunki i ruszyli za Herrerą w górę szlaku. Stellman powiedział cicho pełnym rozbawienia tonem:
— Bezpośredni facet, no nie?
Drog powoli odzyskiwał przytomność. Płomienista broń mirasza zaskoczyła go, gdy był jedynie w kamuflażu, niemal całkowicie pozbawiony tarczy ochronnej. Wciąż nie rozumiał, jak to się mogło stać. Nie było ostrzegawczego odoru wystraszonego mirasza, parskania ani warkotu, żadnego w ogóle ostrzeżenia. Mirasz zaatakował ze ślepą furią, nie zadając sobie nawet trudu, by sprawdzić, czy nieznana istota jest przyjacielem czy wrogiem.
Drog zrozumiał w końcu prawdziwą naturę bestii, z którą przyszło mu się zmierzyć.
Odczekał aż do chwili gdy odgłos racic trzech byków z gatunku miraszów ucichł w oddali. Potem, z pełnym bólu wysiłkiem, spróbował wystawić receptor wizualny. Bez skutku. Na moment ogarnęła go panika. Jeśli zniszczeniu uległ centralny system nerwowy, oznaczało to bezwzględny koniec.
Spróbował jeszcze raz. Tym razem zsunął się z niego spory odłamek skały i Drog był już w stanie się zrekonstruować.
Dokonał szybko autoskanowania i odetchnął z ulgą. Dosłownie otarł się o śmierć. Musiał najwyraźniej instynktownie skwantyfikować się w chwili błysku i to uratowało mu życie.
