
Dzieci siedziały w milczeniu.
Nagle Sol westchnęła żałośnie:
– A więc Tengel też nie jest naszym tatusiem?
– Nie. Tylko Liv jest naszą córką. A ty zawsze przecież nazywałaś go Tengelem, Sol.
– Ja nie – powiedział Dag. – Ja mówię do niego „ojcze”.
– Tak, bo ty byłeś maleńki, kiedy zostałeś z nami. Sol była starsza.
Nie, to jeszcze niczego nie tłumaczyło. Sprawa nadal była zagmatwana. Silje próbowała wyjaśnić:
– Zrozumcie, tak bardzo pragnęliśmy, abyście to właśnie wy byli naszymi dziećmi…
– Ale kim, wobec tego, była nasza prawdziwa matka? – zapytała Sol drżącym z lekka głosem. – Wzięliście nas po prostu dlatego, że tak chcieliście?
Cała Sol! Odrzuciła niezdarne wyjaśnienia Silje i postawiła sprawę na ostrzu noża.
– Nie, oczywiście, że nie. Nie jesteście dziećmi jednej matki – odpowiedziała Silje. Trudno jej było mówić, wiedziała jednak, że robi słusznie, wyjawiając im prawdę teraz. – Sol, twoja matka była siostrą Tengela, więc jest on właściwie twoim wujem. A Liv to twoja cioteczna siostra.
Sol siedziała nieruchomo. Jej wzrok był nieobecny.
– Gdzie ona teraz jest?
– Twoja matka? W niebie. Ona nie żyje, Sol, umarła na zarazę, to taka okropna choroba, wiesz chyba. Twój ojciec też wtedy zmarł i twoja młodsza siostra Leonarda. Ty tego nie pamiętasz, miałaś zaledwie dwa lata, kiedy cię znalazłam. Wiesz, Sol, byłaś wtedy całkiem samiutka i ja też. A więc nie tylko ty mnie potrzebowałaś, ale także ja potrzebowałam ciebie. Twoja matka dała ci na imię Angelika.
Sol popatrzyła na nią radośniej. Zawsze była taka dumna ze swojego imienia, Sol Angelika, teraz dowiedziała się, skąd pochodzi jego drugi człon.
Silje z troską spoglądała na przykrótkie rękawy dziecięcej sukienki. Nie na długo już wystarczy. W niektórych miejscach materiał był tak wytarty, że przypominał pajęczynę. Silje nie miała z czego uszyć nowej. Naprawdę nie miała.
Wyprostowała się i opowiadała dalej:
