Opanasienko nagle się zatrzymał i podniósł rękę. Wszyscy stanęli, a Humphrey Morgan podrzucił karabin i błyskawicznie odwrócił się w prawo.

— Co się stało? — spytał Nowago, starając się mówić spokojnie.

Miał ochotę wyciągnąć pistolet, ale się wstydził.

— Jest tutaj — powiedział niegłośno Opanasienko i pomachał ręką Morganowi.

Morgan podszedł i obaj nachyleni wpatrzyli się w piasek, W ubitej nawierzchni widać było niezbyt głęboką koleinę, jakby ciągnięto ciężki worek. Koleina zaczynała się pięć metrów z prawej strony i kończyła piętnaście metrów z lewej.

— Po wszystkim — rzekł Opanasienko. — Wyśledziła nas i idzie za nami.

Przeszedł przez koleinę, poszli dalej. Nowago zauważył, że Mandel znowu przełożył torbę do lewej ręki, a prawą wsunął do kieszeni kurtki. Uśmiechnął się pod nosem, ale było mu nie do śmiechu. Bał się.

— Cóż — odezwał się Mandel nienaturalnie wesołym głosem. Skoro już nas wyśledziła, to możemy chyba porozmawiać?

— Możemy — zgodził się Opanasienko. — Gdy skoczy, padnijcie twarzą do ziemi.

— Po co? — spytał z urazą Mandel.

— Leżącego nie ruszy — wyjaśnił Opanasienko.

— Ach tak, prawda.

— Jeszcze tylko drobiazg — warknął Nowago. — Wiedzieć, kiedy skoczy.

— Zauważycie — odparł Opanasienko. — Zaczniemy strzelać.

— Ciekawe — zastanowił się Mandel. — Czy ona napada na mimikrodony, gdy stoją słupkiem na ogonie i tylnych łapach? Właśnie! — zawołał. — Może ona bierze nas za mimikrodony?

— Mimikrodonów nie trzeba tropić i atakować z prawej strony — odrzekł Opanasienko lekko rozdrażniony. — Wystarczy do nich podejść i jeść, zaczynając od ogona albo od głowy, wedle życzenia.

Kwadrans później znowu przecięli koleinę, po kolejnych dziesięciu minutach jeszcze jedną. Mandel zamilkł. Teraz już nie wyjmował prawej ręki z kieszeni.



12 из 281