— Skoczy za jakieś pięć minut — w głosie Opanasienki dało się wyczuć napięcie. — Teraz jest po naszej prawej stronie.

— Ciekawe — odezwał się cichutko Mandel. — Czy gdybyśmy szli tyłem, też skoczyłaby z prawej strony?

— Bądź pan cicho, Łazarzu Grigoriewiczu — powiedział przez zęby Nowago.

Skoczyła po trzech minutach. Pierwszy strzelił Morgan. Nowago zadzwoniło w uszach; zobaczył podwójny wybuch wystrzału, proste jak promienie ślady dwóch torów i białe gwiazdy eksplozji na grzbiecie wydmy. Sekundę później strzelił Opanasienko. Bach, bach, bach, ba bach! — rozległ się łoskot wystrzałów. Słychać było jak pociski z tępym trzaskiem wybuchają w piasku. Przez chwilę Nowago miał wrażenie, że widzi wyszczerzoną mordę z wytrzeszczonymi oczami, ale rozbłyski wybuchów i tory już się przemieściły, a on zrozumiał, że się pomylił. Coś długiego i szarego przemknęło wysoko nad wydmami, przecinając gasnące nici torów pocisków. Dopiero wtedy Nowago rzucił się na piasek. Mandel klęczał na jednym kolanie, trzymając pistolet w wyciągniętej ręce i pospiesznie opróżniając magazynek gdzieś pomiędzy Morganem i Opanasienką. Bach ba bach, bach ba bach! — grzmiały karabiny. Teraz tropiciele strzelali po kolei. Nowago zobaczył, jak wysoki Morgan na czworakach wdrapuje się na wydmę i upada, jak jego ramiona trzęsą się od wystrzałów. Opanasienko strzelał z kolana; białe rozbłyski raz za razem oświetlały jego czarne okulary i czarny kaganiec maski tlenowej.

Zapadła cisza.

— Przepędziliśmy ją — oznajmił Opanasienko, wstając i otrzepując piasek z kolan. — Zawsze tak jest, jeśli się w porę otworzy ogień, ona odskakuje w bok i ucieka.

— Raz ją trafiłem — powiedział głośno Humphrey Morgan. Było słychać, jak z brzękiem wyciąga pusty magazynek.

— Przyjrzałeś się jej? — spytał Opanasienko. — No tak, przecież on nie słyszy.



13 из 281