
Nowago, stękając, wstał i popatrzył na Mandela. Mandel podwinął połę kurtki i wciskał pistolet do kabury. Nowago powiedział:
— No wie pan, Łazarzu Grigoriewiczu…
Mandel zakaszlał zakłopotany.
— Zdaje się, że nie trafiłem — powiedział. — Porusza się z niesamowitą prędkością.
— Barrrdzo się cieszę, że pan nie trafił — rzekł ostro Nowago. Tu było zbyt wiele celów!
— Ale widział ją pan, Piotrze Aleksiejewiczu? — spytał Mandel. Nerwowo pocierał ręce w futrzanych rękawiczkach. — Przyjrzał się pan?
— Szara i długa jak szczupak.
— I nie ma kończyn! — zawołał podekscytowany Mandel. — Doskonale widziałem, że nie ma kończyn! Moim zdaniem, nie ma również oczu!
Tropiciele podeszli do lekarzy.
— W takiej ciemności — odezwał się Opanasienko — łatwo wyliczyć, czego jeszcze nie ma. Znacznie trudniej zauważyć, co ma — roześmiał się. — Dobrze, towarzysze. Najważniejsze, że odbiliśmy atak.
— Pójdę poszukać ciała — rzekł niespodziewanie Morgan. — Raz ją trafiłem.
Opanasienko odwrócił się do niego.
— Co mówiłeś, Fiodor? — spytał Morgan.
— W żadnym wypadku — powiedział Nowago.
Opanasienko chwycił wpół Morgana i krzyknął:
— Nie, Humphrey! Nie ma czasu! Poszukamy jutro, razem, w drodze powrotnej.
Mandel popatrzył na zegarek.
— Oho! Już piętnaście po dziesiątej. Jak długo jeszcze będziemy szli, Fiodorze Aleksandrowiczu?
— Najwyżej dziesięć kilometrów. Na dwunastą będziemy na miejscu.
— Doskonale — powiedział Mandel. — A gdzie moja torba? Obrócił się w miejscu. — A, jest…
— Pójdziemy tak, jak poprzednio — rzekł Opanasienko. — Wy z lewej strony. Może jest tu jeszcze jedna…
— Teraz nie ma się już czego bać — mruknął Nowago. — Łazarz Grigoriewicz ma pusty magazynek.
Szli tak jak wcześniej. Nowago pięć metrów za Mandelem, przed nim z lewej strony Opanasienko z karabinem pod pachą, z tyłu po prawej Morgan z karabinem na szyi.
