
Maluchami nazywano w szkole studentów młodszych roczników.
Grisza westchnął i też usiadł na parapecie.
— Sierioża — odezwał się — to prawda, że dzisiaj próbujesz na ośmiokrotnej?
— Tak — odparł Sierioża. Nie miał najmniejszej ochoty na rozmowę, ale nie chciał urazić Bystrowa. — Oczywiście, jeśli pozwolą — dodał.
— Na pewno pozwolą — powiedział Grisza.
— Rzeczywiście, próba na ośmiokrotnej! — zawołał Panin lekceważąco.
— A ty już próbowałeś? — zapytał z zainteresowaniem Grisza.
— Nie — odparł Panin. — Ale ja nie jestem sportowcem.
— A może spróbujesz? — zapytał Sierioża. — Teraz, zaraz, razem ze mną? Co?
— Jestem prostoduszny facet — odparł Panin. — Jest norma. Za normę uważa się pięciokrotne przeciążenie. Mój nieskomplikowany organizm nie znosi niczego, co przekracza normę. Kiedyś próbował sześciokrotną i wynieśli go w siódmej minucie. Razem ze mną.
— Kogo wynieśli? — nie zrozumiał Grisza.
— Mój organizm — wyjaśnił Panin.
— Aha — Grisza uśmiechnął się słabo. — A ja jeszcze nie doszedłem do pięciokrotnej.
— Na drugim roku nie trzeba — rzekł Sierioża. Zeskoczył z parapetu i zaczął robić przysiady to na lewej, to na prawej nodze.
— Idę — Grisza też zeskoczył z parapetu.
— Co się stało, starosto? Czemuś taki smutny? — spytał Panin.
— Ktoś wykręcił numer z Kopyłowem — wyjaśnił ze smutkiem Grisza.
— Znowu? — zdziwił się Panin. — A jaki numer?
Wala Kopyłow z drugiego roku był znany na wydziale ze swojej namiętności do techniki liczącej. Niedawno w jednej z sal ustawiono nową, bardzo dobrą falowodową maszynę obliczeniową LANTO i Wala spędzał przy niej każdą wolną chwilę. Sterczałby przy niej przez całe noce, ale nocami prowadzono wyliczenia dla dyplomantów i Walentyna bezlitośnie wyganiano.
