— Mnie to akurat zupełnie nie martwi — odezwał się gniewnie Nowago. — Rozmawiałem już z Iwanienką. Można będzie dostosować wirówkę.

— To jest myśl — powiedział Mandel po chwili zastanowienia.

Gdy omijali ostatnie solnisko, coś przenikliwie gwizdnęło i dziesięć metrów od Nowago jedna z żółtych kul wzleciała wysoko w górę, zostawiając za sobą strumień wilgotnego powietrza. Przeleciała nad lekarzami i spadła pośrodku solniska.

— Coś takiego! — krzyknął Nowago.

Mandel zaśmiał się.

— Co za draństwo! — powiedział płaczliwym głosem Nowago. Za każdym razem, kiedy idę przez solnisko, jakiś łajdak…

Podbiegł do najbliższej kuli i kopnął ją niezręcznie. Kula wczepiła się kolcami w połę jego kurtki.

– Świństwo! — wysyczał Nowago i nie zatrzymując się, z trudem oderwał kulę najpierw od kurtki, potem od rękawiczek.

Kula spadła na piasek. Jej było obojętne, co się z nią działo. Będzie tak leżeć całkiem nieruchomo, wsysając i magazynując rozrzedzone marsjańskie powietrze, aż nagle wypuści je z ogłuszającym świstem i niczym rakieta przeleci kilkanaście metrów.

Mandel zatrzymał się, popatrzył na słońce i podniósł zegarek do oczu.

— Dziewiętnasta trzydzieści sześć — wymamrotał. — Słońce zajdzie za pół godziny.

— Co pan powiedział, Łazarzu Grigoriewiczu?

Nowago też stanął i obejrzał się na Mandela.

— Beczenie koźlęcia przyciąga tygrysa — powiedział Mandel. Nie mówmy głośno przed zachodem słońca.

Nowago obejrzał się. Słońce wisiało już bardzo nisko. Z tyłu, na równinie, zgasły plamy solnisk. Wydmy pociemniały. Niebo na wschodzie zrobiło się czarne jak chiński tusz.

— Tak — rzekł Nowago rozglądając się. — Lepiej być cicho. Podobno ona ma doskonały słuch.

Mandel zamrugał oszronionymi rzęsami i wyciągnął z kabury ciepły pistolet. Szczęknął zamkiem i wsunął broń za cholewę prawego buta. Nowago wyjął swój pistolet i umieścił go za cholewą lewego buta.



4 из 281