
— Strzela pan lewą? — spytał Mandel.
— Tak.
— To dobrze.
— Tak, podobno.
Popatrzyli na siebie, ale nad maską i poniżej futrzanej lamówki kaptura nic już nie było widać.
— Chodźmy — rzekł Mandel.
— Chodźmy, Łazarzu Grigoriewiczu. Tylko gęsiego.
— Dobrze — zgodził się wesoło Mandel. — Ja przodem.
Pierwszy szedł Mandel, z torbą w lewej ręce, pięć metrów za nim Nowago. Jak szybko się ściemnia, myślał Nowago. Zostało jeszcze dwadzieścia pięć kilometrów. Może trochę mniej. Dwadzieścia pięć kilometrów przez pustynię w kompletnych ciemnościach… I w każdej sekundzie ona się może na nas rzucić. Zza tej wydmy na przykład.
Albo zza tamtej. Wzdrygnął się. Trzeba było wyjechać z rana. Ale kto wiedział, że na trasie jest kawerna? Wyjątkowy pech. Tak czy owak, trzeba było wyjechać rano. Albo jeszcze wczoraj, razem z samochodem terenowym, który zawiózł na plantację pieluszki i aparaturę. Ale nie, przecież Mandel wczoraj operował. Ściemnia się. Mark pewnie nie może sobie znaleźć miejsca. Pewnie co chwila biegnie na wieżę popatrzeć, czy nie jadą długo wyczekiwani lekarze. A długo wyczekiwani lekarze wloką się piechotą przez nocną pustynię. Inna go uspokaja, ale też się pewnie denerwuje. To ich pierwsze dziecko, a prócz tego pierwsze dziecko urodzone na Marsie, pierwszy Marsjanin… Irina to zdrowa i zrównoważona kobieta. Wspaniała kobieta! Ale na ich miejscu nie decydowałbym się tu na dziecko. No nic, wszystko będzie dobrze. Żeby nas tylko coś nie zatrzymało…
Nowago przez cały czas patrzył w prawo, na szarzejące w oddali grzbiety wydm. Mandel też patrzył w tamtą stronę i dlatego nie od razu zauważyli tropicieli. Było ich dwóch i zjawili się z lewej strony.
— Ahoj, przyjaciele! — krzyknął wyższy.
Drugi, niższy, niemal kwadratowy, zarzucił karabin na ramię i pomachał ręką.
Nowago westchnął z ulgą.
