
— To przecież Opanasienko i Kanadyjczyk Morgan. Hej, towarzysze! — zawołał radośnie.
— Co za spotkanie! — powiedział, podchodząc, wysoki Humphrey Morgan. — Dobry wieczór, doktorze. — Uścisnął rękę Mandelowi. — Dobry wieczór, doktorze — powtórzył, podając dłoń Nowago.
— Witajcie, towarzysze — zahuczał Opanasienko. — Skąd się tu wzięliście?
Zanim Nowago zdążył odpowiedzieć, Morgan nieoczekiwanie oznajmił:
— Dziękuję, zagoiło się — i znowu wyciągnął dłoń do Mandela.
— Co? — spytał osłupiały Mandel. — Aaa… to się cieszę.
— O nie, jeszcze jest w obozie — powiedział Morgan. — Ale on też już prawie zdrowy.
— Czemu pan mówi takie dziwne rzeczy, Morgan? — Zapytał zbity z tropu Mandel.
Opanasienko złapał Morgana za brzeg kaptura, przyciągnął do siebie i krzyknął mu do samego ucha:
— Nic z tego, Humphrey! Przegrałeś!
Odwrócił się do lekarzy i wyjaśnił, że godzinę temu Kanadyjczyk przypadkowo uszkodził w nausznikach membrany słuchowe.
Teraz nic nie słyszy, ale zapewnia, że może się doskonale obejść w marsjańskiej atmosferze bez pomocy techniki akustycznej.
— Mówi, że i tak wie, co ludzie mogą mu powiedzieć. Założyliśmy się i przegrał. Teraz będzie pięć razy pod rząd czyścił mój karabin.
Morgan się roześmiał i oznajmił, że Gala z Bazy nie ma tu nic do rzeczy. Opanasienko machnął beznadziejnie ręką i spytał:
— Idziecie na plantację, na biostację?
— Tak — odparł Nowago. — Do Sławinów.
— Słusznie — przyznał Opanasienko. — Czekają na Was. A dlaczego piechotą?
— Coś podobnego! — zawołał zawiedziony Morgan. — Zupełnie nic nie słyszę!
Opanasienko przyciągnął go do siebie i krzyknął:
— Poczekaj, potem ci opowiem!
— Good — zgodził się Morgan. Odszedł na bok, rozejrzał się i ściągnął z ramienia karabin. Tropiciele mieli ciężkie dwururki, automaty z magazynkiem na dwadzieścia pięć wybuchowych kul.
