— Utopiliśmy crawler — wyjaśnił Nowago.

— Gdzie? — spytał szybko Opanasienko. — Kawerna?

— Kawerna. Na trasie, mniej więcej czterdziesty kilometr.

— Kawerna! — zawołał radośnie Opanasienko. — Słyszysz, Humphrey? Jeszcze jedna kawerna!

Morgan stał do nich plecami i kręcił głową, patrząc na ciemniejące wydmy.

— Dobra — powiedział Opanasienko. — To później. A więc utopiliście crawler i postanowiliście iść na piechotę? A broń macie?

— No pewnie. — Mandel poklepał się po nodze.

— Taak — rzekł Opanasienko. — Trzeba was będzie odprowadzić. Humphrey! Do licha, nie słyszy…

— Niech pan poczeka — powiedział Mandel. — A po co?

— Ona gdzieś tu jest — wyjaśnił Opanasienko. — Widzieliśmy ślady.

Mandel i Nowago popatrzyli na siebie.

— Pan, Fiodorze Aleksandrowiczu, wie najlepiej — odezwał się niepewnie Nowago. — Ale sądziłem… w końcu jesteśmy uzbrojeni…

— Wariaci — rzekł z przekonaniem Opanasienko. — U was w Bazie wszyscy są, za przeproszeniem, niespełna rozumu. Ostrzegamy, tłumaczymy, a tu proszę. Nocą. Przez pustynię. Z pistoletem. Co, mało wam Chlebnikowa?

Mandel wzruszył ramionami.

— Moim zdaniem, w tej sytuacji… — zaczął, ale Morgan syknął „Cicho!” Opanasienko błyskawicznie zerwał z ramienia karabin i stanął obok Kanadyjczyka.

Nowago cicho sapnął i wyciągnął z buta pistolet.

Słońce już się prawie schowało — nad czarnymi poszarpanymi sylwetkami diun świecił tylko wąski, żółtozielony pasek. Niebo było czarne, pełne gwiazd. Ich blask oświetlał lufy karabinów; było widać, jak lufy powoli przesuwają się w prawo i w lewo.

Potem Humphrey powiedział:

— Pomyłka. Proszę o wybaczenie.

Wszyscy od razu się odprężyli. Opanasienko krzyknął do ucha Morganowi:

— Humphrey, oni idą do biostacji, do Iriny Wiktorowny! Musimy ich odprowadzić!



7 из 281