
— Good. Idę — powiedział Morgan.
— Idziemy razem! — krzyknął Opanasienko.
— Good. Idziemy razem.
Lekarze cały czas trzymali w rękach pistolety. Morgan odwrócił się do nich i zawołał:
— To niepotrzebne! Schowajcie broń!
— Tak, schowajcie — poparł go Opanasienko. — Nawet nie próbujcie strzelać. I włóżcie okulary.
Tropiciele byli już w okularach na podczerwień. Mandel wstydliwie wsunął pistolet do głębokiej kieszeni kurtki i przełożył torbę do drugiej ręki. Nowago po chwili wahania wsunął swój za cholewę buta.
— Idziemy — ponaglił Opanasienko. — Zaprowadzimy was nie trasą, ale prosto, przez wykopki. Będzie bliżej.
Teraz przodem, po prawej stronie Mandela szedł Opanasienko z karabinem pod pachą; z tyłu, obok Nowago, kroczył Morgan. Karabin na długim rzemieniu wisiał mu na szyi. Opanasienko szedł szybko, ostro skręcając na zachód.
W okularach wydmy wydawały się czarno-białe, a niebo szare i puste. Pustynia szybko stygła i rysunek stawał się coraz mniej kontrastowy, jakby zasnuwała go mgła. Albo dym.
— Dlaczego tak was ucieszyła nasza kawerna, Fiodorze Aleksandrowiczu? — spytał Mandel. — Woda?
— Jasne — odparł Opanasienko, nie odwracając się. — Po pierwsze, woda, a po drugie, w jednej kawernie znaleźliśmy oblicowane płyty.
— Ach tak — bąknął Mandel. — Rzeczywiście.
— W naszej znajdziecie cały crawler — warknął posępnie Nowago.
Opanasienko nagle gwałtownie skręcił, omijając równy piaszczysty placyk. Na brzegu stała żerdź z chorągiewką.
— Grząsko — mruknął z tyłu Morgan. — Bardzo niebezpiecznie.
Grząskie piaski były prawdziwym przekleństwem. Miesiąc temu utworzono specjalny oddział zwiadowców-ochotników, którzy mieli odszukać i oznakować wszystkie grząskie działki w okolicach Bazy.
— Chyba Hasegawa udowodnił — odezwał się Mandel — że wygląd tych płyt można również wyjaśnić przyczynami naturalnymi.
