
— Tak — potwierdził Opanasienko. — W tym rzecz.
— A wy… znaleźliście coś ostatnio? — spytał Nowago.
— Nie. Na wschodzie znaleźli naftę i bardzo interesujące skamienieliny. A z naszej dziedziny nic.
Jakiś czas szli w milczeniu. Mandel odezwał się wreszcie:
— Chyba nie ma w tym nic dziwnego. Na Ziemi archeolodzy mają do czynienia z pozostałościami kultury, która ma najwyżej tysiąc lat. A tutaj… dziesiątki milionów. Byłoby nawet dziwne…
— Przecież się nie skarżymy — wytłumaczył Opanasienko. — Tym bardziej że zaraz na początku dostaliśmy tłusty kąsek: dwa sztuczne satelity. Nawet nie musieliśmy kopać. A poza tym — dodał po chwili milczenia — szukanie jest nie mniej interesujące niż znajdowanie.
— Tym bardziej — dodał Mandel — że oswojony przez nas teren jest na razie tak mały…
Potknął się i omal nie upadł. Morgan powiedział półgłosem:
— Piotrze Aleksiejewiczu, Łazarzu Grigoriewiczu, podejrzewam, że cały czas rozmawiacie. A naprawdę nie można. Fiodor potwierdzi.
— Humphrey ma rację — powiedział tonem winowajcy Opanasienko. — Lepiej się nie odzywajmy.
Minęli grupę wydm i zeszli do doliny, gdzie w blasku gwiazd słabo migotały solniska.
Znowu, pomyślał Nowago. Znowu te kaktusy. Po raz pierwszy widział kaktusy nocą, przez okulary — przekonał się, że świecą równym, dość mocnym blaskiem. Po całej dolinie porozrzucane były jasne plamy. Bardzo ładnie, pomyślał Nowago. Może nocą nie skaczą. To by była przyjemna niespodzianka. I bez tego nerwy mam w strzępach. Opanasienko powiedział, że ona gdzieś tutaj jest. Gdzieś tutaj… Nowago spróbował sobie wyobrazić, jak by się teraz czuli bez tej osłony z prawej strony, bez tych spokojnych ludzi z ciężkimi śmiercionośnymi armatami trzymanymi w pogotowiu. Spóźniony strach przebiegł mu dreszczem po skórze, jakby mróz przeniknął pod odzież i dotknął nagiego ciała. Z pistoletami wśród nocnych diun… Ciekawe, czy Mandel umie strzelać, pomyślał.
