
Drugą cechą, jaką ludzie dostrzegali u Vorbisa, były oczy. Jego przodkowie pochodzili z pewnego plemienia żyjącego w głębi pustyni, u którego wyewoluowała dziwna skłonność do ciemnych oczu. Nie tylko o ciemnej tęczówce, ale o niemal czarnych całych gałkach. Trudno było ocenić, w którą stronę patrzy — zupełnie jakby miał pod powiekami słoneczne okulary.
Ale pierwszym, co dostrzegali, była czaszka.
Diakon Vorbis był łysy świadomie. Większość sług Kościoła, gdy tylko przyjęła święcenia, zapuszczała długie włosy i brody, w których można by zgubić kozę. Ale Vorbis golił całą głowę. Aż błyszczał. A ta łysina zdawała się zwiększać jego władzę. Nie strofował. Nigdy nie groził. Po prostu wzbudzał wrażenie, że jego przestrzeń osobista sięga na kilka sążni od ciała, i że każdy, kto się do niego zbliża, przeszkadza w czymś ważnym. Zwierzchnicy, starsi od niego o pięćdziesiąt lat, czuli się winni, przerywając rozmyślania o tym, o czym Vorbis akurat rozmyślał.
Z drugiej strony prawie niemożliwe było odkrycie, o czym właściwie myśli; nikt nigdy o to nie pytał. Najważniejszą tego przyczyną był fakt, że Vorbis pełnił funkcję przywódcy Kwizycji, a jej zadanie polegało na robieniu tego wszystkiego, co zrobić trzeba, a czym inni woleliby się raczej nie zajmować.
Nie należy pytać takich ludzi, o czym myślą; mogliby odwrócić się powoli i odpowiedzieć: „O tobie”.
Najwyższym stanowiskiem dostępnym w Kwizycji była funkcja diakona. Regułę tę ustanowiono setki lat temu, aby ta gałąź Kościoła nie wyrosła zanadto z butów
Vorbis nie dbał o takie drobiazgi. Znał swoje przeznaczenie. Przecież sam Bóg mu je zdradził.
* * *
— Otóż to — zakończył brat Nhumrod, klepiąc Bruthę po ramieniu. — Jestem pewien, że teraz lepiej wszystko zrozumiesz. Brutha wyczuł, że powinien udzielić konkretnej odpowiedzi.
— Tak, mistrzu — zapewnił. — Jestem pewien, że tak.
