
— …że tak. Twoim świętym obowiązkiem jest opierać się głosom o każdym czasie — dodał brat Nhumrod, wciąż go klepiąc.
— Tak, mistrzu. Będę się opierał. Zwłaszcza jeśli mi powiedzą, żeby robić którąś z tych rzeczy, o których wspomniałeś.
— …wspomniałeś. Dobrze. Bardzo dobrze. A gdybyś znów je usłyszał, co wtedy zrobisz? Hm?
— Przyjdę i powiem ci o nich — odparł posłusznie Brutha.
— …o nich. Dobrze. Bardzo dobrze. To właśnie chciałem usłyszeć — rzeki Nhumrod. — Zawsze wam to powtarzam, chłopcy. Pamiętajcie, jestem tutaj, żeby rozwiązywać te drobne problemy, które mogą was nękać.
— Tak, mistrzu. Czy mam teraz wrócić do ogródka?
— …do ogródka. Tak myślę. Tak myślę. I żadnych więcej głosów, słyszysz? — Nhumrod pogroził palcem dłoni nie klepiącej ramienia Bruthy. Zmarszczył policzek.
— Tak, mistrzu.
— A co robileś w ogrodzie?
— Okopywałem melony, mistrzu.
— Melony? Ach tak, melony — powtórzył wolno Nhumrod. — Melony. Melony. No cóż, to wiele wyjaśnia, naturalnie. Powieka zatrzepotała mu szaleńczo.
* * *
Nie tylko Wielki Bóg przemawiał do Vorbisa w mrokach jego umysłu. Każdy rozmawiał z ekskwizytorem, wcześniej czy później. To tylko kwestia wytrzymałości.
Ostatnio Vorbis nieczęsto schodzi! na dół, żeby oglądać inkwizytorów przy pracy. Ekskwizytorzy nie mają takiej potrzeby. Przesyłają tylko instrukcje i odbierają raporty. Ale szczególne okoliczności wymagały jego szczególnej uwagi.
Trzeba przyznać, że w lochach Kwizycji niewiele było powodów do śmiechu — w każdym razie dla kogoś obdarzonego normalnym poczuciem humoru. Nie wisiały tu małe kartki z napisami w stylu: „Nie musisz był bezlitosnym sadystą, żeby tu pracować, ale to pomaga!”.
Pewne zjawiska sugerowały jednak człowiekowi myślącemu, że Stwórca wszechświata posiada mocno skrzywione poczucie tego, co zabawne; mogły także wzbudzić w Jego sercu gniew zdolny wstrząsnąć bramami niebios.
