Nieważne, jakie kto miał zdolności. Na pewno było dla niego miejsce w Cytadeli.

A jeśli zdolności te polegały na zadawaniu nieodpowiednich pytań albo przegrywaniu słusznych wojen, tym miejscem mogły się okazać paleniska oczyszczenia albo lochy sprawiedliwości Kwizycji.

Miejsce dla każdego. I każdy na swoim miejscu.

Żar słońca lał się na ogródek świątyni. Wielki Bóg Om starał się pozostawać w cieniu pnącza melona. Prawdopodobnie był tu bezpieczny — wewnątrz murów, z modlitewnymi wieżami dookoła… Ale ostrożności nigdy dosyć. Raz dopisało mu szczęście, ale oczekiwałby nazbyt wiele, gdyby liczył na nie po raz drugi.

Kiedy się jest bogiem, kłopot polega na tym, że nie ma się do kogo modlić.

Popełzł stanowczym krokiem w stronę starca przerzucającego nawóz. Wreszcie, strudzony, uznał, że znalazł się w zasięgu jego słuchu. Przemówił zatem: — Hej, ty!

Nie było odpowiedzi. Nie pojawiła się nawet najlżejsza sugestia, że cokolwiek zostało usłyszane.

Om stracił cierpliwość i zmienił Lu-Tze w nędznego robaka z najgłębszej otchłani piekła, po czym rozgniewał się jeszcze bardziej, bo starzec wciąż spokojnie machał łopatą.

— Demony nieskończoności napełnią twoje żywe kości siarką! — wrzasnął Om.

Nie nastąpiła żadna zmiana.

— Przygłuchy staruch — mruknął Wielki Bóg.


* * *

A może jednak był ktoś, kto wiedział o Cytadeli wszystko, co tylko możliwe. Zawsze istnieje ktoś taki, kto kolekcjonuje wiedzę, ale na tej samej zasadzie, jak sroka błyskotki, a chruściki — kawałki gałązek i kamyki. Zawsze też jest ktoś, kto robi wszystko to, co zrobić trzeba, a czym inni woleliby się raczej nie zajmować ani nawet przyznawać, że istnieje.

Trzecią cechą, jaką ludzie dostrzegali u Vorbisa, był jego wzrost. Vorbis miał ponad sześć stóp, ale był chudy jak patyk, niczym ktoś o zwykłych proporcjach, wymodelowany z gliny, a potem rozwałkowany.



9 из 280