
Kubki na przykład. Dwa razy dziennie inkwizytorzy przerywali pracę, by wypić kawę. Kubki, które przynieśli z domu, czekały ustawione wokół czajnika przy głównym palenisku, gdzie przypadkiem podgrzewały się także noże i obcęgi.
Kubki miały różne napisy, na przykład „Pamiątka ze świętej groty Ossory’ego” albo „Dla najlepszego tatusia na świecie”. W większości trochę wyszczerbione, żadne dwa nie były takie same.
I widokówki na ścianie. Tradycja nakazywała, by każdy inkwizytor przysyłał z urlopu prymitywnie kolorowany drzeworyt przedstawiający najbliższą okolicę, z odpowiednio zabawnym czy frywolnym liścikiem na odwrocie. Przypięto tam również wzruszający list od inkwizytora pierwszej klasy, Ishmale’a „Popa” Quooma, który dziękował kolegom za to, że zebrali aż siedemdziesiąt osiem oboli na jego prezent pożegnalny, i za piękny bukiet kwiatów dla pani Quoom; zapewniał też, że nigdy nie zapomni dni spędzonych w lochu numer 3 i że gdyby brakowało im ludzi, zawsze chętnie przyjdzie i pomoże.
Wszystko to oznaczało jedno: trudno znaleźć taki wybryk najbardziej nawet obłąkanego psychopaty, żeby nie mógł go z łatwością naśladować człowiek normalny, spokojny ojciec rodziny, który codziennie przychodzi do pracy i wykonuje swoje obowiązki.
Vorbis lubił to wiedzieć. Człowiek, który to odkrył, dowiedział się już wszystkiego, co trzeba wiedzieć o ludziach.
W tej chwili Vorbis siedział obok ławy, na której leżało coś, co formalnie rzecz biorąc, nadal było drżącym ciałem brata Sasho, jego byłego sekretarza.
Zerknął na dyżurnego inkwizytora, który skinął głową. Vorbis pochylił się nad zakutym w łańcuchy sekretarzem.
— Jak się nazywali? — powtórzył.
— …nie wiem…
— Wiem, że przekazywałeś im kopie mojej korespondencji, Sasho. To zdradliwi heretycy, którzy całą wieczność spędzą w piekle. Czy chcesz do nich dołączyć?
— …nie znam imion…
