
Brutha słuchał.
* * *
Brat Nhumrod był przewodnikiem nowicjuszy, ale nie wszystkich — tylko tej grupy, do której należał Brutha. Byli też inni. Może ktoś w Cytadeli wiedział, ilu ich jest. Istniał gdzieś ktoś taki, czyim zadaniem było wiedzieć wszystko.
Cytadela zajmowała całe centrum miasta Kom, leżącego pomiędzy pustyniami Klatchu a równinami i dżunglami Howondalandu. Rozciągała się na całe mile; jej świątynie, kościoły, szkoły, sypialnie, ogrody i wieże wyrastały z siebie nawzajem i dookoła siebie w sposób, który przywodził na myśl milion termitów próbujących równocześnie budować swoje kopce.
Kiedy wschodziło sionce, jego odbicie we wrotach głównej świątyni płonęło niczym ogień. Wrota były z brązu i miały sto stóp wysokości. Na nich, złotymi literami osadzonymi w ołowiu, wypisano Przykazania. Do tej pory było ich sto dwanaście, a następny prorok bez wątpienia dopisze kolejne.
Odbity blask słońca świecił na dziesiątki tysięcy wytrwałych w wierze, którzy trudzili się niżej na większą chwałę Wielkiego Boga Oma.
Najprawdopodobniej nikt naprawdę nie wiedział, ilu ich jest — niektóre zjawiska potrafią przejść w stan krytyczny. Oczywiście, był tylko jeden cenobiarcha, najwyższy iam. To pewne. I sześciu arcybiskupów. I trzydziestu niższych iamów. I setki biskupów, diakonów, subdiakonów i kapłanów. Od nowicjuszy roiło się jak od szczurów w magazynie ziarna. A jeszcze rzemieślnicy, hodowcy byków, oprawcy, święte dziewice…
