
— Ehm… Ten ostatni fragment… — Vimes nie zrozumiał.
— To dosłowne tłumaczenie, wasza łaskawość — odparł nerwowo Clarence. — Zwrot oznacza coś w rodzaju „niezwykłych możliwości” czy „wspaniałego sukcesu”, wasza łaskawość.
— Kiedy nie występujemy publicznie, Clarence, zupełnie wystarczy „sir”. „Wasza łaskawość” służy tylko po to, by zrobić wrażenie na miejscowych. — Vimes przesunął się na niewygodnym krześle, opierając brodę na dłoni. I skrzywił się nagle. — Dwa tysiące trzysta mil — rzekł, zmieniając pozycję. — A na miotle zawsze jest strasznie zimno, choćby leciała całkiem nisko. Potem barka, potem dyliżans… — Znów się skrzywił. — Czytałem twój raport. Myślisz, że to możliwe, by cały naród stracił rozum?
Clarence milczał. Uprzedzono go, że będzie rozmawiał z drugim najpotężniejszym człowiekiem w Ankh-Morpork, nawet jeśli ów człowiek zachowuje się jak ktoś, kto nie ma o tym pojęcia. Rozklekotane biurko w tym zimnym pokoiku na wieży do wczoraj należało do głównego odźwiernego garnizonu Kneck. Na porysowanym blacie piętrzyły się papiery, a całe ich stosy leżały za krzesłem Vimesa.
Sam Vimes — według Clarence’a — wcale nie wyglądał na diuka. Raczej na strażnika, którym — jak rozumiał — był rzeczywiście. Trochę to irytowało Clarence’a Buziaka. Ludzie na szczycie powinni wyglądać tak, jakby tam było ich miejsce.
— To bardzo… interesujący problem, sir — przyznał. — Chodzi panu o to, że ludzie…
— Nie ludzie, ale naród — poprawił go Vimes. — Borogravia wygląda, jakby całkiem straciła rozum. Sądzę, że ludzie radzą sobie, jak mogą, żyją i wychowują dzieci… A muszę przyznać, że w tej chwili też wolałbym się tym zająć. Wiesz chyba, o co mi chodzi. Bierzesz ludzi, którzy na oko niczym się nie różnią od ciebie i ode mnie, ale kiedy połączysz ich wszystkich razem, dostajesz wielkiego szaleńca z granicami państwowymi i hymnem.
