
Polly spojrzała na kolejnego rekruta — ze zgrozą, choć miała nadzieję, że dobrze ją ukrywa. W półmroku nie widziała go zbyt dobrze, gdyż ubrany był na czarno, ale nie w elegancką, stylową czerń, ale w czerń zakurzoną, w jakiej człowieka kładą do trumny. I sądząc z wyglądu, chłopak był właśnie tym człowiekiem. Całe ubranie miał w pajęczynach, a czoło przecinał mu rząd szwów.
— Jak ci na imię, chłopcze? — zapytał Jackrum.
— Igor, fir.
Jackrum przeliczył szwy.
— Wiesz, coś mi mówiło, że właśnie tak — stwierdził. — I widzę, że masz już osiemnaście.
— „Przebudźcie się!”.
— Bogowie… — Komendant Samuel Vimes zasłonił oczy dłońmi.
— Przepraszam, wasza łaskawość? — zaniepokoił się konsul Ankh-Morpork w Zlobenii. — Czy wasza łaskawość źle się czuje?
— Przypomnij mi, młody człowieku, jak ci na imię… Przykro mi, ale od dwóch tygodni jestem w podróży, nie dosypiam, a przez cały dzień muszę poznawać osoby o trudnych nazwiskach. To źle wpływa na mózg.
— Clarence, wasza łaskawość. Clarence Buziak.
— Buziak… — powtórzył Vimes, a z jego miny Clarence wyczytał wszystko.
— Obawiam się, że tak, sir.
— W szkole umiałeś się bić?
— Nie, wasza łaskawość, ale nikt nie mógł mnie prześcignąć w biegu na pięćdziesiąt sążni.
Vimes się roześmiał.
— No cóż, Clarence, każdy hymn państwowy, który zaczyna się od „Przebudźcie się”, na pewno prowadzi do kłopotów. Nie uczyli was tego w kancelarii Patrycjusza?
— Eee… Nie, wasza łaskawość.
— No cóż, sam się przekonasz. Mów dalej.
— Oczywiście, sir. — Clarence odchrząknął. — Borogroviański hymn państwowy — zaczął po raz drugi.
