— Naprawdę? A co teraz robią?

Clarence uniósł brwi.

— Chodzą i się kołyszą, sir. Tak myślę. Jęczą. Jak to zombi. Coś musiało ich rozbudzić.

— Prawdopodobnie my — uznał Vimes. Wstał, przeszedł przez pokój i szarpnięciem otworzył ciężkie, wysokie drzwi. — Reg! — zawołał.

Po chwili zjawił się kolejny strażnik. Zasalutował. Miał szarą twarz i Clarence nie mógł nie dostrzec, że salutującą dłoń i rękę trzymały razem liczne szwy.

— Poznałeś już funkcjonariusza Shoe, Clarence? — zapytał uprzejmie Vimes. — Należy do mojego personelu. Nie żyje od ponad trzydziestu lat i kocha każdą ich minutę, Mam rację, Reg?

— Tak jest, panie Vimes. — Reg uśmiechnął się, odsłaniając rząd brązowych zębów.

— W piwnicy jest paru twoich ziomków, Reg.

— Oj… Chodzą i się kołyszą, co?

— Obawiam się, że tak, Reg.

— Zejdę i pogadam z nimi — obiecał Reg.

Zasalutował i wyszedł, z niewielką tylko sugestią rozkołysania.

— On jest, ehm… pochodzi z tych stron? — zapytał Clarence, który wyraźnie zbladł.

— Ależ nie. Z nieodkrytej krainy… — odparł Vimes. — Jest martwy. Ale trzeba mu przyznać, że go to nie powstrzymuje. Nie wiedziałeś, że mamy w straży zombi, Clarence?

— Ehm… nie, sir. Od pięciu lat nie byłem w mieście. Jak rozumiem, wiele się zmieniło.

I to na gorsze, zdaniem Clarence’a Buziaka. Funkcja konsula w Zlobenii była nietrudna i zostawiała dość czasu, by zajmować się własnymi sprawami. A potem wzdłuż całej doliny wyrosły nagle wielkie wieże semaforowe i okazało się, że Ankh-Morpork jest oddalone ledwie o godzinę. Przed sekarami list potrzebował dwóch tygodni, by pokonać tę trasę, więc nikt się nie przejmował, jeśli odpowiadał na niego dzień czy dwa później. Teraz ludzie oczekiwali odpowiedzi następnego dnia. Właściwie to był nawet zadowolony, kiedy Borogravia zniszczyła kilka tych nieszczęsnych wież. A potem rozpętało się piekło.



12 из 345