
Samice nie poruszyły się, jakby niczego nie dostrzegły. Inaczej Imehei. Dyszał ciężko pod podwójnym ciężarem, wiercił się i patrzył z boleścią na Kerricka. Chciał coś powiedzieć, ale nie mógł.
To Nadaske zabił samice. Strzelił raz, potem drugi i podbiegł, by pchnąć padające ciała. Zwaliły się ciężko na ziemię, już martwe.
Po śmierci i upadku mięśnie się rozluźniły, uwalniając Imehei. Wciągnął najpierw jeden, potem drugi członek i zamknął sączek. Był jednak zbyt wyczerpany, aby się ruszyć. Kerrick nie miał pojęcia, co teraz robić.
Nadaske wiedział. Śmierć od milczącej strzałki była dla niego zbyt łagodną karą. Samice nie mogły teraz czuć jego ataku, ale on mógł wyładować na nich swą nienawiść. Upadł na pierwszą, szarpał jej gardło zębami, aż je rozerwał, potem zrobił to samo z drugą. Wytrysnęła krew. Dopiero wtedy Nadaske powlókł się do jeziora, wsadził głowę pod wodę i umył się w czystej wodzie.
Gdy wrócił, Imehei siedział osłabły, bez słowa. Nadaske usiadł powoli przy nim i podtrzymał jego ciało, także milcząc.
Stało się coś strasznego.
ROZDZIAŁ II
efenenot okolsetank nin anatirènè efeneleiaa teseset
Nasze życie tkwi między kciukami Efeneleiaa, Ducha Życia.
— Dobra noga. Piękna noga. Nowa noga — mówiła powoli Ambalasei, zmieniając barwy wnętrza dłoni w prostym języku Sorogetso.
Ichikchee leżała przed nią cała drżąca na gęstej trawie, otwierając szeroko oczy w strachu przed nieznanym. Spojrzała na swą stopę i szybko odwróciła wzrok. Pokrywająca ją różowa skóra różniła się tak bardzo od zieleni reszty nogi. Strasznie ją to martwiło. W próbie pociechy Ambalasei pochyliła się i lekko dotknęła kostki Ichikchee, ale tamta tylko bardziej zadrżała.
— To proste stworzenie — powiedziała Ambalasei, dając znak stojącej z boku swej pomocnicy Setèssei. — Równie proste co ich język. Daj jej coś do zjedzenia, to zawsze uspokaja. Dobrze, patrz z jakim zadowoleniem je. Idziemy stąd — ty też.
