
— Przeprosiny niepotrzebne; sama zarządziłam to leczenie. Teraz tędy…
— Z powrotem, nie wchodź tutaj! — krzyknął na nie Eeasassiwi, wyskakując z kryjówki w krzakach. Jego dłonie płonęły czerwienią. Setèssei stanęła i cofnęła się. Ambalasei również się zatrzymała, lecz pozostała na miejscu.
— Jesteś Eeasassiwi. Ja jestem Ambalasei. Trochę pomówimy.
— Do tyłu!
— Dlaczego? Wytłumaczysz to? Eeasassiwi jest silny-samiec, nie boi się słabej-samicy.
Eeasassiwi dał znak przeczenia, patrząc uważnie na Ambalasei. Nadal przejawiał niechęć, lecz barwa dłoni zniknęła.
— To dobre jedzenie — powiedziała Ambalasei, przywołując Setèssei z naczyniem. — Spróbuj. Ambalasei ma mnóstwo jedzenia. Myślisz, że zabiorę wasze? To w jamie?
Eeasassiwi zawahał się, potem przyjął podarunek i mrucząc coś do siebie, zaczął żuć kawałek węgorza, jednocześnie przyglądając się obcym uważnie. Zaprotestował gestem, lecz nie zrobił żadnego grożącego ruchu, gdy Ambalasei zerwała pomarańczowej barwy owoc z drzewa rosnącego mu nad głową.
Gdy zniknęły mu z oczu, Ambalasei stanęła i wręczyła owoc swej pomocnicy. — Znasz go?
Setèssei spojrzała na owoc, potem rozerwała go i skosztowała miąższu. Wypluła go zaraz i potwierdziła:
— Taki sam dałaś mi do zbadania.
— Tak. I co znalazłaś?
— Glukozę, sacharozę…
— Tak, oczywiście — przerwała jej Ambalasei. — Jak w każdym owocu. Ale czy znalazłaś coś niespodziewanego?
— Prosty enzym bardzo bliski kolagenazie.
— Dobrze. A jaki wyciągnęłaś stąd wniosek?
— Żaden. Poprzestałam na analizie.
— Śpiąca-w-dzień-mózg-stwardniały-w-kamień! Czy ja jedna na całym świecie potrafię myśleć? Gdybym ci powiedziała, że w jamie ziemnej pod drzewem znalazłam mięso, świeże ciało upolowanego aligatora, co byś o tym sądziła?
Setèssei stanęła z otwartymi ustami, wstrząśnięta swą myślą.
