
— Jak rośnie miasto? — zapytała, trochę niewyraźnie ze względu na pełne usta. Dzięki długiej znajomości Setèssei dobrze jednak rozumiała starą uczoną.
— Sady wodo-owoców potrzebują użyźnienia. To wszystko, reszta rośnie dobrze.
— A mieszkanki tego miasta, też dobrze rosną? Setèssei wyraziła szybko mieszane uczucia, zamykając jednocześnie pojemnik i wstając.
— Radość z ciągłego zdobywania wiedzy w służbie Ambalasei. Obserwowanie rośnięcia miasta, odkrycie nowego gatunku Yilanè, to radość usuwająca wszelkie trudy. Życie wśród Cór Życia jest trudem usuwającym wszelką radość.
— Doskonale powiedziane, daj jeszcze węgorza. Nie kusi cię więc zajęcie się ich wydumaną filozofią, zostanie Córą?
— Czerpię siły i przyjemności ze służenia tobie; nie potrzebuję służyć innym.
— A jeśli eistaa każe ci umrzeć — czy posłuchasz?
— Która? Mieszkałyśmy w wielu miastach. Moim miastem jest służba tobie, dlatego ty jesteś mą eistaa.
— Jeśli tak, będziesz żyła zawsze, bo nikomu nie każę umrzeć. Choć przy tych Córach… Mocno mnie to kusi. Teraz rozwiń poprzednie stwierdzenie. Gaje potrzebują użyźnienia, złagodzenia-skutków-przedwczesnego-zakończenia. Córy?
— Ambalasei wie wszystko, widzi przez kamień. Dwa razy prosiłam o pomoc, dwa razy zwlekano z jej udzieleniem.
— Nie będzie trzeciego razu — stwierdziła Ambalasei z kontrolerami pewności. Wstała z trudem, a gdy się prostowała, coś trzasnęło jej w kręgosłupie. — Osłabienie narasta, praca na tym cierpi.
Wracały dróżką przez gaj, świadome, że obserwują je ukryci Sorogetso. Przed nimi migała czasem jakaś postać, a gdy znalazły się nad brzegiem, zastały już tam ustawioną przez Ichikchee ruchomą kłodę. Opuściła wzrok i odwróciła się, gdy Ambalasei uniosła dłoń ukazując, jak zmieniają się jej barwy w podziękowaniu od zieleni do czerwieni.
— Wyraża swą wdzięczność — powiedziała Ambalasei. — Pracą odwzajemnia się za pomoc. To proste stworzenia, choć pod wieloma względami złożone. Potrzebują dalszych badań.
