
Przeszła po ruchomej kłodzie na drugi brzeg i wskazała na strumień, który przebyła.
— Węgorz — pokazała i wyciągnęła rękę. — Czy zastanawiałaś się, Setèssei, dlaczego na ich wyspę chodzimy po drzewie zamiast pokonywać płytką wodę?
— Nie zaciekawiło mnie to.
— Mnie ciekawi wszystko, dlatego wszystko wiem. Wykorzystałam swą wielką inteligencję i rozwiązałam tę małą tajemnicę.
Wrzuciła kawałek mięsa do strumienia, a woda zawrzała od nagłych ruchów.
— Małe, liczne drapieżne rybki. Żywa zapora. Ten nowy kontynent jest pełen cudów. Po południu będę się wygrzewała w ambesed. Przyślij tam do mnie Enge.
Setèssei ruszyła przodem z pojemnikiem, kiwając głową podczas marszu. Ambalasei ujrzała, że ma szarą, poszarpaną z boku pierś. Tak szybko? Pamiętała dobrze młodą fargi pragnącą zostać Yilanè, słuchającą i zapamiętującą, która w końcu stała się jej niezastąpioną pomocnicą. Wszystkie te lata cierpliwej pracy, kiedy to Ambalasei poznawała tajemnice świata. Końcem tego jest nowe miasto z krnąbrnymi mieszkankami. Może nadeszła pora wyjazdu, a na pewno czas już zapisać dokładnie wszystkie odkrycia. Jeszcze nie narodzone uczone Yilanè będą podziwiać z lękiem zakres odkrytej wiedzy. Żyjące teraz poczernieją na twarzach i pomrą z zawiści. Miła myśl.
Korzeń nagrzanego od słońca drzewa wspierał wygodnie plecy Ambalasei, jeszcze cieplej jej było w oświetloną klatką piersiową. Oczy miała zamknięte, szeroko otwarte usta chłonęły ciepło kojące jej bolące mięśnie. Poszukiwanie wiedzy jest nie kończącą się przyjemnością, lecz bardzo męczy. Jej rozmyślania przerwał głos proszący o uwagę. Otworzyła jedno oko i zmrużyła je, chroniąc przed blaskiem.
— To ty, Enge.
— Słyszałam, że chcesz się ze mną zobaczyć.
— Jestem niezadowolona. Coś trzeba zrobić. Twe Córy Mozołu mozolą się coraz mniej z każdym dniem. Wiesz o tym?
