
Początkowo nic nie jadła. Leżąc nieruchomo w słońcu, nie musiała jeść przez wiele dni. Dopiero gdy upadła z wyczerpania, zrozumiała głupotę takiego postępowania. Mogła umrzeć — ale nie w ten sposób. Iskierka gniewu, który pozostał w niej w tym opuszczeniu i zdradzie, skierowała ją do morza. Były w nim ryby, trudne jednak do schwytania. Dawno zapomniała posiadane ongiś umiejętności ich łapania. Mimo to jakoś zdołała przeżyć. Łatwiej było znaleźć mięczaki na mulistych wysepkach i wkrótce odżywiała się głównie nimi.
Minęło tak wiele, wiele dni i Vaintè nie odczuwała potrzeby żadnych zmian. Jedynie o świcie, choć bardzo już rzadko, patrzyła ze zdumieniem na swe obłocone nogi, poplamioną, pozbawioną ozdób skórę. Zastanawiała się wówczas chwilę nad swym położeniem. Czy to całe jej życie? Co się z nią stało? Te ulotne chwile troski nie trwały nigdy długo. Słońce przygrzewało, a otępienie umysłu było znacznie lepsze od wrzasków i cierpień, które znaczyły jej pierwsze dni na tym wybrzeżu.
Miała wodę do picia, a gdy zgłodniała, zawsze znajdowała coś do zjedzenia, nic jej tu nie niepokoiło. Opuściły ją nawet mroczne myśli, które wypełniały jej głowę po porzuceniu na tym niegościnnym wybrzeżu.
Wszystkie myśli. Szła brzegiem, wlokąc powoli jedną nogę za drugą i zostawiając w mule krętą, wydeptaną ścieżkę. Ślady jej nóg szybko wypełniała woda.
ROZDZIAŁ III
Bruka assi stakkiz tina faralda — den ey gestarmal faralda markiz.
Raduj się latem swego życia — zawsze następuje po nim zima.
Nadaske stał po pas w jeziorze, pryskając na siebie wodą i zmywając ślady krwi. Zanurzył głowę pod powierzchnią, by wypłukać usta. Wreszcie wypluł resztki krwi i ciała, by całkowicie oczyszczony wyjść na brzeg. Tam wszystkimi czterema kciukami wskazał na pogrążonego w rozpaczy Imehei.
