
Coś ciemnego poruszyło się przed nim wśród drzew. Kerrick pochylił się i szybko schował w krzakach. Kryją się tam murgu, milczący zabójcy. Posuwał się ostrożnie z przygotowaną bronią.
Wreszcie trafił na dwóch samców Yilanè. Jeden leżał i odpoczywał, drugi siedział obok.
— Uwaga — zawołał, wstał i podszedł.
Nadaske rzucił tylko jednym okiem na Kerricka i znów odwrócił wzrok. Nic nie powiedział ani się nie poruszył. Imehei leżał nieruchomo na boku, miał zamknięte oczy.
— Co się stało? — zapytał Kerrick.
Nadaske odpowiedział z wysiłkiem, a jego słowa zaćmiewał przemożny smutek.
— Pójdzie na plażę. Ma jaja w sakwie.
— Nie rozumiem.
— Bo nie jesteś samcem Yilanè. U ustuzou odbywa się to inaczej. Opowiadałeś, że wasze samice noszą jaja, choć nie rozumiem, jak to jest możliwe. Widziałeś, co go dzisiaj spotkało. Zrobiły mu to. Teraz ma jaja w sakwie, a oczy zamyka mu sen, który nie jest snem. Będzie w tym stanie, dopóki jaja się nie wylęgną, a młode nie pójdą do wody.
— Czy można coś dla niego zrobić?
— Nic. Gdy już to się zacznie, musi dojść do końca. Pozostanie tu aż do wylęgu.
— Czy… umrze?
— Może tak, może nie. Niektórzy giną, inni przeżywają. Możemy tylko czekać. Należy go zabrać i otaczać opieką, karmić i pilnować. Muszę to uczynić dla niego.
— Zaniesiemy go?
— Nie. Wodą. Musi przebywać w wodzie, ciepłej wodzie plaży narodzin. Tylko tak jaja dojrzeją i pękną. Jeśli obumrą, to i on. Wszystko musi odbywać się jak należy. Pomóż mi zabrać go do jeziora.
Imehei był nieprzytomny, ciężki, trudny do poruszenia. Wspólnymi siłami zawlekli jego nieruchome ciało na brzeg i przepchali przez trzciny. W wodzie poszło już łatwiej.
