— Tylko łowcy? — zawołała bezczelnie Merrith. — Kobiety nie mają już nic do powiedzenia?

Herilak opanował zdenerwowanie, miał nadzieję, że przynajmniej jedna z nich nie pójdzie za jej słowami.

— Kobiety porozmawiają ze swymi łowcami, razem zdecydują, co zrobią. Zgromadziliśmy się tutaj, bo ci spośród nas, którzy chcą opuścić dolinę, muszą wszystko przygotować…

— Jest tu ktoś, kto nie chce odchodzić — powiedziała Merrith, przepychając się przez tłum. Zatrzymała się i obejrzała. — Chyba że nie chcą tu naszej obecności. Co powiesz, Sanone, mandukto wszystkich Sasku?

Tanu zwrócili się teraz z ciekawością do Sanone. Ten uniósł otwarte dłonie na wysokości ramion i przemówił dobrym, choć niewłaściwie akcentowanym marbakiem.

— Sasku walczyli razem z Tanu w mieście na wybrzeżu, razem przybyli do doliny i razem jej bronili. Tanu mogą tu zostać, mają też swobodę odejścia. Jesteśmy jak bracia.

— I siostry — dodała szorstko Merrith. — Jedna z nich zostaje. — Odwróciła się i odeszła.

Jeśli nawet inne kobiety podzielały jej pragnienia, nie zdradzały się z tym. Były wolne, jak wszyscy Tanu, mogły żyć tak, jak chciały. Niezadowolone z sammadara odchodziły do innego sammadu. Trudniej jednak było przerwać więzy łączące je z łowcami, ojcami ich dzieci. A łowcy tęsknili do borów; nie sposób ich było powstrzymać.

Dyskucja ciągnęła się jeszcze długo. Ognisko przygasło, dzieci poszły spać. Sanone czekał cierpliwie, aż wreszcie wstał.

— Przywiodły mnie tu dwie sprawy — czy mogę mówić?

— Nie musisz pytać — odparł zdecydowanie Herilak. — Łączą nas mocno więzy walki.

— W takim razie mam prośbę. O mastodonta, który się tu narodził, nosi imię Arnwheeta, przez którego przemawia do nas Kadair. Czy zostanie z nami po waszym odejściu?

— Nigdy nie planowano inaczej.

— Jesteśmy bardzo wdzięczni. Teraz druga sprawa. Jest tu ktoś należący do Sasku, a nie Tanu, Malagen, kobieta dzielnego wojownika imieniem Simmacho…



51 из 300