
— Nie żyje — zawołał gniewnie Newasfar. Sanone kiwnął z powagą głową.
— Który teraz nie żyje, zginął w walce z murgu. Żyje jednak jego kobieta, należąca do Sasku.
— Teraz jest moją kobietą i nie ma o czym gadać — Newasfar podszedł bliżej z zaciśniętymi pięściami. — Pójdzie ze mną.
— Myślałem, że wśród Tanu każdy decyduje za siebie. Jak możesz mówić w imieniu Malagen? — Sanone patrzył na wysokiego łowcę spod przymrużonych powiek, nie czyniąc żadnego ruchu. Newasfara przepełniała złość. Herilak chwycił go za ramię, mówiąc łagodnie:
— Łowca szanuje starość. Siadaj z innymi. — Odczekawszy, aż Newasfar niechętnie się odwróci, wskazał na kobietę Sasku. — Malagen, chcesz coś powiedzieć?
Rzuciła mu przerażone spojrzenie i ukryła twarz w dłoniach. Herilak nie chciał naciskać. Kobieta nic nie powie, bo tak jest u Tanu. Wiedział jednak, że chce odejść z Newasfarem. Wiedział także, iż przygląda mu się Sanone, oczekujący odpowiedzi na swe pytanie. Mogła brzmieć tylko w jeden sposób.
— Nie widzę tu żadnych trudności. Czyż nie jest tak, jak powiedział Sanone, że Sasku i Tanu walczyli razem w mieście na wybrzeżu, że przybyli razem do tej doliny i razem jej bronili? W swej szczodrości zapewnił nas, że Tanu mogą tu zostać, mają też swobodę odejścia. Jesteśmy jak bracia i, oczywiście, jak siostry. Tak samo mówimy my, Tanu. Malagen może iść z nami, jeśli takie będzie jej życzenie.
Jeśli nawet Sanone uważał się za pokonanego własnymi słowami, to nie okazał tego najmniejszym znakiem, uniósł tylko przyzwalająco dłoń, wstał i odszedł. Herilak patrzył w ślad za nim, mając nadzieję, że nie dojdzie do nowych nieporozumień czy kłopotów. Walczyli razem, muszą się rozstać w pokoju. Zwrócił się do sammadów.
— Wyruszamy rano. Czy zgadzacie się na drogę, którą pójdziemy? Na północy jest teraz zbyt zimno, nie musimy też wracać śnieżnym szlakiem przez góry. Według mnie powinniśmy iść na wschód, drogą, którą tu przybyliśmy, aż dojdziemy do wielkiego morza. Wtedy podejmiemy następne decyzje.
