
— Będziemy musieli pokonać wielką rzekę — poskarżył się Fraken. Był już stary i słaby, czuł też, że jego wiedza nie jest tak szanowana jak ongiś. Mało kto przejmował się tym, jaką przyszłość odczyta z swoich wypluwek.
— Już raz ją przebyliśmy, alladjexie. Zbijemy tratwy, a mastodonty przepłyną bez trudu zwężenie nurtu. Nie sprawi nam to kłopotu. Czy ktoś jeszcze chce coś powiedzieć? Więc to jest nasza droga. Odejdziemy rano.
Jak zawsze przed wyruszeniem na szlak mastodonty rykiem przyjmowały ograniczenie ich wolności, gdy jeszcze przed świtem zaprzęgano je do włóków i objuczono. Gdy wstało słońce, wszystko było już gotowe. Stojący z boku Herilak patrzył na pierwszych odchodzących. Droga była im dobrze znana, a sammadarzy nie spierali się o pierwszeństwo czy dowództwo. Z wielką ulgą ujrzał, że wśród przyglądających się Sasku jest również Sanone. Podszedł do niego i wziął w ramiona.
— Spotkamy się jeszcze, przyjacielu. Sanone pokradł z powagą głową.
— Nie sądzę, przyjacielu. Nie jestem już młody i nie opuszczę więcej tej doliny. Wypełniłem rozkazy Kadaira, widziałem rzeczy, o jakich nawet mi się nie śniło. Teraz jestem zmęczony. A ty? Też chyba nigdy tu nie wrócisz.
Herilak potwierdził z równą powagą.
— Nie ma potrzeby. Będę cię szukał wśród gwiazd.
— Wszyscy podążamy ścieżką Kadaira. Jeśli Kerrick żyje i odnajdziesz go, powiedz mu, że Sasku Sanone dziękuje mu za nasze życie.
— Powiem — przyrzekł Herilak, odwrócił się i odszedł, nic już nie dodając ani nie oglądając się na dolinę czy Sasku, który stał mu się tak bliski.
Pobiegł wzdłuż rzeki, dogonił i wyprzedził wolno ciągnące sammady. Sammadarowi Kellimansowi został tylko jeden mastodont, a jego sammad bardzo stopniał. Herilak ujrzał jednak ze zdziwieniem, że teraz się rozrósł. Krocząc silnym krokiem łowcy, Merrith prowadziła swego mastodonta.
