
Teraz zobaczył przyczepę kempingową, ściany z zardzewiałego metalu i pochyłą zasłonę nad siatkowymi drzwiami. Świeciło się w środku. Para podniszczonych półciężarówek stała od frontu. Podjechał i zatrzymał się, rozpryskując pył i drobne kamyczki, pies wyskoczył z ciemności.
Siatkowe drzwi otworzyły się z impetem i w drzwiach pojawił się młody mężczyzna: dżinsy, koszulka, puszka piwa w zaciśniętej dłoni, długie splecione włosy.
Jamie zsunął szybę od strony kierowcy i zawołał:
— Szukam Ala Watcrmana.
Przy świetle zapalonym wewnątrz przyczepy nie dało się dostrzec jego twarzy. Jamie wiedział jednak, jak wygląda: zimne, ciemne oczy, szerokie policzki, uczucia ukryte za nieprzeniknioną maską. Całkiem jak u niego.
— Kogo?
— Ala Watermana.
Młody Indianin Nawaho potrząsnął głową.
— Tu nie mieszka.
— Wiem. Jest w hoganie gdzieś przy tej drodze. Tak mi powiedzieli na posterunku.
— Nie tutaj — odparł młody człowiek.
Jamie rozumiał jego powściągliwość.
— To mój dziadek. On umiera.
Młody Nawaho stanął na pylistym gruncie i podszedł do furgonetki Jamiego, jego buty miażdżyły żwirowatą glebę. Przyjrzał się Jamiemu z bliska.
— To ty jesteś ten facet, co poleciał na Marsa?
— Tak. Al to mój dziadek. Chcę go zobaczyć, zanim umrze.
— Al Waterman. Staruszek z Santa Fe.
Jamie skinął głową.
— Zaprowadzę cię. Jedź za mną.
Nie czekając na odpowiedź, ruszył w kierunku bliższej z półciężarówek.
— Nie jedź za szybko — zawołał Jamie. Jeździł już po pustkowiach Marsa, ale nie chciał ścigać niewyraźnych tylnych świateł z szaloną prędkością po ciemnej pustyni Nowego Meksyku.
