Al leżał w pozycji płodu na łóżku w drugim kącie, strzęp człowieka; łupina, wyżarta od środka przez raka. Otworzył oczy i uśmiechnął się, gdy Jamie pochylił się nad nim.

— Ya ’aa ’tey — wyszeptał. Jego oddech miał zapach zgnilizny i spieczonej słońcem ziemi.

— Ya ’aa ’tey — odpowiedział Jamie. To jest dobre. To kłamstwo, tu i teraz, ale tak brzmiało stare pozdrowienie.

— Wymówiłeś to słowo na Marsie — powiedział Al, a głos miał słaby jak cień. — Pamiętasz?

Tak brzmiało pierwsze słowo Jamiego wypowiedziane przed kamerami, gdy wylądowała pierwsza ekspedycja.

— Wracam tam — powiedział Jamie, pochylając się nisko, by dziadek go słyszał.

— Na Marsa? Wracasz?

Jamie skinął lekko głową i powiedział:

— Ogłosili oficjalnie. Będę dyrektorem misji.

— Dobrze — wyrzucił z siebie Al z niewyraźnym uśmiechem. — Mars to twoje przeznaczenie, synu. Twoja droga prowadzi na czerwoną planetę.

— Chyba tak.

— Leć wśród piękna, synu. Teraz mogę umrzeć szczęśliwy. Jamie chciał zaprzeczyć, nie, nie umrzesz, dziadku. Będziesz jeszcze żył przez wiele lat. Ale słowa nie przeszły mu przez usta. Al wydał z siebie ciężkie tchnienie, które wstrząsnęło jego kruchym ciałem.

— Podniebni tancerze zaraz przylecą. Zabiorą mnie ze sobą.

— Podniebni tancerze?

— Zobaczysz. Poczekaj. To nie potrwa długo.

Jamie sięgnął po jedyne w hoganie krzesło i usiadł przy łóżku dziadka. Jego rodzice zginęli w wypadku samochodowym dwa lata temu. Al był jego jedynym żyjącym krewnym. Po nim nie zostanie już nic i nikt. Stary człowiek zamknął oczy. Jamie nie potrafił określić, czy jeszcze oddycha. Jedynym dźwiękiem w małym, chłodnym pomieszczeniu było trzaskanie gałęzi, które stara kobieta dokładała do ognia.

Drewniane krzesło było twarde i sztywne, siedzisko z plecionego sznurka nieustępliwe jak skała, mimo to Jamie usnął wbrew sobie. Zszedł ze stromego klifu, nagi w palącym słońcu, i zaczął spadać, powoli, jak we śnie, opadając na czoło krwistoczerwonego płaskowyżu.



4 из 457