Obudził się ze wzdrygnięciem. Al trzymał go za kolano.

— Podniebni tancerze! — wychrypiał Al drżącym głosem.

— Nadchodzą!

Majaczy, pomyślał Jamie. Odwrócił się do kobiety, która nadal siedziała w milczeniu przy ogniu. Spojrzała na niego ciemnymi, pełnymi spokoju oczami, ale nic nie powiedziała.

— Patrz! — Al wskazał drżącym palcem zakryte zasłoną okno. — Wyjdź i patrz!

Zmieszany Jamie zmusił się do wstania z krzesła i podszedł do drzwi. Zawahał się, odwrócił w stronę dziadka.

— Idź! — nalegał Al, poruszony, próbując się podnieść na wychudzonym ramieniu. — Zobaczysz!

Jamie otworzył drzwi i wyszedł w zimną, ciemną, pustynną noc. Jego oddech zamarzał w powietrzu. Podniósł wzrok na gwiazdy.

Zobaczył lśniące draperie delikatnej, różowawej czerwieni, bladej zieleni, migoczącej bieli, pulsujące na niebie, połyskujące, falujące, zasłaniające niebo widmową poświatą.

Zorza polarna, pomyślał Jamie. Słońce musiało wytworzyć potężny rozbłysk. Po czym jego umysł Nawaho podpowiedział: podniebni tancerze. Przyszli po Ala.

Jamie stał zauroczony, obserwując delikatną, niezwykłą grę na niebie. Przypomniał sobie, że na Marsie można oglądać zorze polarne prawie co noc, nawet przez zaciemniony wizjer hełmu skafandra. Na Ziemi jednak podniebni tancerze pojawiali się rzadko. Byli jednak tak piękni, że śmierć wydawała się mniej przerażająca.

W końcu wrócił do hoganu. Dziadek leżał nieruchomo, z ostatnim uśmiechem zapisanym na twarzy. Kobieta podeszła do łóżka i zakryła Ala kocem.

— Żegnaj, dziadku — rzekł Jamie. Czuł, że powinien płakać, ale brakło mu łez.

Wyszedł znów z hoganu i podszedł wolno do wypożyczonej furgonetki. Nie ma już nikogo, powiedział sobie. Nikt i nic mnie tu nie trzyma.



5 из 457