Minęliśmy kilka pustoszejących lokali, witryny, w których grupy manekinów odgrywały wciąż jedną i tę samą scenę, w kółko, i chętnie przystanąłbym, aby obejrzeć, co one robią, ale dziewczyna szła szybko, stukając pantofelkami, aż na widok neonowej twarzy z pulsującymi rumieńcami, która wciąż oblizywała się wywalonym śmiesznie językiem, zawołała:

— O, bonsy! Chcesz bonsa?

— A ty chcesz? — spytałem.

— Zdaje mi się, że tak.

Weszliśmy do małej błyszczącej salki. Zamiast sufitu miała długie rzędy gorejących płomyczków, jakby gazowych; z góry buchnęło ciepło, to chyba naprawdę był gaz. W ścianach widniały niewielkie wnęki z pulpitami; kiedyśmy podeszli do jednej, po obu stronach wysunęły się ze ścian siedzenia, wyglądało to, jakby wyrosły z niej najpierw nierozwinięte, jak pączki, rozpłaszczyły się w powietrzu i zaklęsnąwszy, znieruchomiały.

Siedliśmy naprzeciw siebie, dziewczyna stuknęła dwoma palcami w metalową płytkę stolika, ze ściany wyskoczyła niklowa łapka, rzuciła przed każde z nas po małym talerzyku i dwoma błyskawicznymi ruchami cisnęła na oba po porcji białawej masy, która pieniąc się zbrązowiała i zastygła, a równocześnie pociemniał i sam talerzyk. Dziewczyna zwinęła go wówczas — nie był to wcale talerzyk — na kształt naleśnika i zaczęła jeść.

— Och — powiedziała pełnymi ustami — nic wiedziałam nawet, jaka jestem głodna!

Zrobiłem dokładnie jak ona. Bons nie był podobny w smaku do niczego, co kiedykolwiek jadłem. Trzeszczał pod zębami jak świeżo upieczona bułka, ale natychmiast rozsypywał się i rozpływał na języku; brunatna masa, która znajdowała się w środku, była ostro przyprawiona.



21 из 235