
Pomyślałem, że będę lubił bonsy.
— Jeszcze? — spytałem, kiedy zjadła swojego. Uśmiechnęła się, potrząsając głową.
Wychodząc, w przejściu włożyła na chwilę obie dłonie do małej niszy wykładanej kafelkami
— coś w niej szumiało. Naśladowałem ją. Łaskoczący wicher owiał mi palce; kiedy je wyjąłem, były już suche i czyste. Pojechaliśmy potem szerokim eskalatorem na górę. Nie wiedziałem, czy to jeszcze wciąż dworzec, ale wolałem nie pytać. Wprowadziła mnie do małej kabiny w ścianie — było tam niezbyt jasno, miałem wrażenie, że górą przebiegają jakieś pociągi, bo podłoga dygotała. Zrobiło się na ułamek sekundy ciemno, coś odetchnęło głęboko pod nami, jakby metalowy potwór wypuścił z płuc powietrze, zajaśniało, dziewczyna pchnęła drzwi. To była chyba naprawdę ulica. Znajdowaliśmy się na niej całkiem sami.
Niewielkie strzyżone krzewy rosły po obu stronach chodnika; nieco dalej stały stłoczone płaskie, czarne maszyny, jakiś człowiek wyszedł z cienia, skrył się za jedną; nie widziałem, żeby otwierał drzwi, po prostu znikł nagle, a maszyna ruszyła z miejsca z takim impetem, że musiało go chyba rozpłaszczyć na siedzeniu; nie widziałem żadnych domów; tylko gładką jak stół jezdnię, pokrytą pasami matowego metalu; na skrzyżowaniach poruszały się, zawieszone nad brukiem, szczelinowate światła, pomarańczowe i czerwone; wyglądały trochę jak makiety wojennych reflektorów.
— Gdzie się weźmiemy? — spytała dziewczyna. Trzymała mnie wciąż za ramię. Zwolniła kroku. Czerwona smuga przeszła po jej twarzy.
— Gdzie chcesz.
— To chodźmy do mnie. Nie warto brać glidera. To blisko.
Poszliśmy przed siebie. Domów dalej nie było widać, a wiatr, biegnący z ciemności, spoza krzewów, był taki, jakby rozpościerała się tu wolna.przestrzeń. Wokół dworca, w samym centrum? Dziwne mi się to wydało. Niósł słabą woń kwiatów, którą chwytałem chciwe w nozdrza. Czeremcha? Nie, to nie była czeremcha.
