
II
Dotknąłem, jeszcze z zamkniętymi oczami, piersi, miałem na sobie sweter; jeżeli spałem, nie rozbierając się, to miałem wachtę: Olaf! — chciałem powiedzieć i usiadłem nagle.
To był hotel, nie „Prometeusz”. Przypomniałem sobie wszystko: labirynty dworca, dziewczynę, wtajemniczenia, jej strach, błękitną skałę Terminalu nad czarnym stawem, śpiewaczkę, lwy…
Szukając łazienki, niechcący odnalazłem łóżko, było w ścianie i opadało perłowym, spęczniałym kwadratem, kiedy się coś tam nacisnęło. W łazience nie było wanny ani żadnych kurków, nic, tylko błyszczące płytki w suficie i niewielkie zagłębienie na stopy, wyścielone gąbczastym plastykiem. Na tusz też mi to nie wyglądało. Poczułem się jak neandertalczyk.
Rozebrałem się szybko i zostałem z rzeczami w ręku, bo nie było wieszaków, za to mała szafka w ścianie, cisnąłem więc wszystko do środka. Obok trzy guziki, niebieski, czerwony i biały. Nacisnąłem biały. Zgasło światło. Czerwony. Zaszumiało, ale to nie była woda, tylko potężny, ozonem i czymś jeszcze buchający wicher; owionął mnie całego, na skórze siadały gęste, błyszczące krople, burzyły się i ulatniały, nie czułem nawet wilgoci, tylko jakby mrowie miękkich elektrycznych igiełek, masujących mięśnie.
