
Otwarłem szafkę, do której włożyłem ubranie, i osłupiałem: była pusta. Dobrze choć, że slipy położyłem na wierzchu szafki. Wróciłem w slipach do pokoju i zacząłem szukać telefonu, aby dowiedzieć się, co się stało z ubraniem. Wszystko raczej kłopotliwe. Telefon odkryłem w końcu obok okna — jak wciąż w myślach nazywałem telewizyjny ekran — wyskoczył ze ściany, kiedy zacząłem głośno kląć; reagował chyba na głos. Idiotyczna mania chowania wszystkiego w ścianach. Zgłosiła się recepcja. Spytałem o ubranie.
— Włożył je pan do czystu — powiedział miękki baryton. — Będzie za pięć minut.
Dobre i to! — pomyślałem. Usiadłem przy biurku, którego płyta gorliwie podsunęła mi się pod łokcie, ledwo się nachyliłem. Jak to się działo? Nie trzeba się interesować takimi rzeczami; większość ludzi korzysta z technologii swej cywilizacji nie znając jej.
Siedziałem nagi, w slipach, i rozważałem rozmaite możliwości. Mogłem pójść do Adaptu.
Gdyby szło tylko o wprowadzenia w technikę i obyczaje, nie namyślałbym się, ale już na Lunie zauważyłem, że starają się jednocześnie wpajać określone podejście, nawet ocenę zjawisk, przychodzili więc z gotową skalą wartości i jeśli się nie przyjmowało ich za swoje, tłumaczyli to — i w ogóle wszystko — konserwatyzmem, podświadomymi oporami, rutyną starych nawyków i tak dalej. Wcale nie miałem zamiaru rezygnować z tych nawyków i oporów, jak długo się nie przekonam, że to, co mi ofiarowują, jest lepsze, a nauczki dzisiejszej nocy w niczym nie odmieniły tego postanowienia. Nie chciałem szkółki, rehabilitacji, a już na pewno nie tak grzecznie ani od razu. Ciekawe, dlaczego nie poddali mnie tej betryzacji. Muszą się dowiedzieć.
