
— Ma pan jakiś dowód?
— Nie, tylko kartkę z Adaptu na Lunie, od dyrektora Oswamma…
— W porządku. Stan konta: dwadzieścia sześć tysięcy czterysta siedem itów.
— Itów?
— Tak. Czy życzy pan sobie jeszcze czegoś?
— Chciałbym podjąć trochę pie… to znaczy itów.
— W jakiej formie? Może chce pan kalster?
— Co to jest? Książeczka czekowa?
— Nie. Będzie pan mógł płacić od razu gotówką.
— Tak? Dobrze.
— Do jakiej wysokości otworzyć panu kalster? — . Bo ja wiem — pięć tysięcy…
— Pięć tysięcy. Dobrze. Przysłać panu do hotelu?
— Tak. Chwileczkę — zapomniałem, jak się nazywa ten hotel.
— To nie ten, z którego pan dzwoni?
— Ten.
— To „Alcaron”. Prześlemy panu zaraz. Tylko jedno: czy pana prawa ręka nie zmieniła się?
— Nie… a co?
— Nic. W przeciwnym razie musielibyśmy zmieniać kalster. Zaraz go pan dostanie.
— Dziękuję — powiedziałem odkładając słuchawkę. Dwadzieścia sześć tysięcy, wiele to jest? Pojęcia nie miałem. Coś zaczęło nucić. Radio? To był telefon. Podniosłem słuchawkę.
— Bregg?
— Tak — powiedziałem. Serce uderzyło mi mocniej, tylko raz. Poznałem jej głos. — Skąd wiedziałaś, gdzie jestem? — spytałem, bo nie od razu się odezwała.
— Z inforu. Bregg… Hal… słuchaj, chciałam ci wytłumaczyć…
— Nie ma nic do tłumaczenia, Nais.
— Gniewasz się. Ale zrozum…
— Nie gniewam się.
— Hal, naprawdę. Przyjdź do mnie dzisiaj. Przyjdziesz?
— Nie, Nais; proszę cię, powiedz — ile to jest dwadzieścia parę tysięcy itów?
— Jak to, ile? Hal… musisz przyjść.. — No… jak długo można za to żyć?
— Jak długo chcesz, przecież życie nic nie kosztuje. Ale zostawmy to. Hal, gdybyś zechciał…
— Czekaj. Wiele itów wydajesz na miesiąc?
— Rozmaicie. Czasem dwadzieścia, czasem pięć albo i nic.
