
Zarówno Tiril i Theresa, jak i pozostali goście wstrzymali oddech.
Dobrze, w takim razie połączę was w imię Boże. Ale, młoda damo, mam nadzieję, że pani wie, co robi?
– Wiem, oczywiście – odparła Tiril stanowczo. Czuła się upokorzona i urażona w imieniu Móriego. Był tego dnia taki niewiarygodnie przystojny, w stroju, który podarował mu Erling, w tym stroju z kamizelką ze skóry łosia i krótkimi, miękkimi butami. Erling uważał ubranie za zbyt staromodne w czasach koronkowych żabotów, jedwabi i pudrowanych peruk. Ta moda jednak była najzupełniej obca ubóstwianemu przez Tiril Móriemu. – To prawda, że dusza mojego narzeczonego błądzi po bezdrożach, nie są to jednak obszary należące do Złego. On pokonał granice czasu i przestrzeni, ale jest dobrym człowiekiem.
– Tiril ma rację – potwierdziła księżna Theresa. – Nikt nie pomógł mej nieszczęsnej córce bardziej niż on.
– Nie każda pomoc pochodzi od dobrego, wasza wysokość. Ale co panienka miała na myśli, mówiąc, że przekroczył pan granice czasu i przestrzeni? – zwrócił się kapłan do Móriego.
– Tiril określiła to właściwie, ale niezbyt precyzyjnie. To była granica krainy zimnych cieni, krainy Śmierci; poważyłem się na próbę jej przekroczenia. Udało mi się to, a zarazem nie udało. To, że prawie mi się udało, możecie, panie, sami wyczytać w moich oczach, prawda?
– To właśnie w nich dostrzegam. Poznaję zresztą, jak się sprawy mają, także po pańskiej trupio bladej skórze i po czymś jeszcze, czego jednak nie odważę się wypowiedzieć głośno. Żałuje pan swego niebezpiecznego postępku?
– Tak, ojcze. Żałuję każdego dnia. Bo tak strasznie jest dźwigać karę.
Pastor skinął głową. W jego twarzy pojawił się wyraz napięcia.
– Nie jest pan sam, prawda?
– Nie. Nie jestem sam – potwierdził Móri. – Dlatego chciałbym prosić, by ksiądz się zatrzymał przed świętą siedzibą Pana, nie wprowadzał nas do środka.
