
Wielki wyczyn bratanka, który poza tym był niewiele znaczącym pionkiem w życiu Zakonu.
Boże, czy daleko jeszcze do lądu? Lorenzo trwał bez życia przewieszony przez reling i nienawidził wszystkiego, co ma związek z morzem. Do domu będzie wracał drogą lądową, chociaż to oznaczało większe zagrożenia i niebezpieczeństwo ataku ze strony rozbójników oraz wszelkiej innej hołoty.
No cóż, przynajmniej jedno się wyjaśniło. Wielki Mistrz ma do niego zaufanie. Misja Lorenza w Skandynawii była osłonięta tajemnicą. Wielką tajemnicą. O jego podróży nie wiedział nikt w Zakonie, z wyjątkiem Mistrza i jego samego. Nie wiedział o niej nawet ten przeklęty bratanek. Przyjemnie było o tym myśleć.
Mistrz podkreślał wielokrotnie, że to bardzo ważna sprawa, by nikt a nikt oprócz nich obu nie miał pojęcia o podróży.
I Lorenzo doskonale wiedział, dlaczego tak musi być.
Rozdział 2
Księżna Theresa nie była pewna, kiedy zaczęła podejrzewać, że ktoś ją obserwuje i za nią chodzi.
Podejrzenie narastało niepostrzeżenie. Właściwie po raz pierwszy wkradło się cło jej duszy dopiero po wy – jeździe z Norwegii, może już w czasie przygotowań do tej podróży?
A może jeszcze przed ślubem Tiril i Móriego? Nie, chyba jednak nie, nie mogła w to uwierzyć. Kapłan udzielił młodym ślubu podczas nader skromnej i pospiesznej ceremonii.
Ten ślub zresztą to historia sama w sobie…
Pastor przyglądał się Móriemu, kiedy młoda para stanęła przed wejściem do kościoła.
– Pan nie należy do Królestwa Bożego – powiedział bezbarwnym głosem.
Oczy Móriego pociemniały.
– Do drugiej strony także nie należę.
Pastor wahał się. Zdaje się, że najchętniej zatrzasnąłby drzwi świątyni i odszedł, ale przecież miał do czynienia z wysoko postawionymi ludźmi.
